sobota, 6 lipca 2019

10. Warszawskie Targi Książki: 23 - 26 maja 2019.



Tegoroczne Warszawskie Targi Książki (23-26 maja), dostarczyły mi wiele radości i wrażeń, we wszelkim możliwym zakresie... :-)








Przede wszystkim, w wyjątkowej obfitości, dopisali twórcy komiksowi. Chętnie wypisywali autografy, które ozdabiali, jak na mistrzów rysunku przystało, małymi formami graficznymi.







W roli gwiazdy wystąpił Nagabe. Zaintrygowała mnie charakterystyczna kreska i tajemnicza fabuła. Swoje oniryczne dzieła japoński duet, podpisywał kilkakrotnie podczas wydarzenia. 









Niestety, w tym roku jeszcze bardziej niż w ubiegłym, musiałam liczyć się z funduszami, zatem skoncentrowałam się wyłącznie na okazjach. Interesujące mnie komiksy przejrzałam drobiazgowo, z nadzieją ich zakupu w przyszłości, co wobec różnych zmian, wydaje się całkiem realne ;-)
Np. nie miałam pojęcia, że tuż po premierze filmu Coppoli, ukazał się ten komiks, wyrysowany na podstawie oryginalnych kadrów. 




Wznowiony dopiero niedawno, przyciąga uwagę miłośników szeroko rozumianej pop kultury.  

Odkryłam też wiele przyjemnych książek, tak pod względem fabuły, jak i grafiki.









Niestety, również autorskie szkicowniki z kocimi okładkami, mogłam tym razem, wyłącznie obejrzeć i sfotografować… Mojej portmonetce wobec tylu bodźców, co i rusz, robiło się słabo ;-) 




Tak wyglądało stoisko z komiksami w czwartek:


A tak... 2 dni później:


Gościem honorowym tegorocznych targów, była Rumunia. Trochę więc blado to wyszło, że ilustracje do bajek z tego kraju, zostały wyeksponowane na uboczu, a do tego w miejscu pozbawionym całkowicie sztucznego oświetlenia. 


Najciekawsze (moim zdaniem) sfotografowałam i ciut poprawiłam w kompie, byście mogli podziwiać je razem ze mną J




W tym roku, po raz pierwszy kupiłam karnet na całe 4 dni, za 30 zł. Wobec ceny jednorazowego biletu, to się zdecydowanie opłacało, nawet, gdybym jeden dzień postanowiła sobie odpuścić. Ale tego nie zrobiłam. Pierwszy – przeznaczyłam na rozpoznanie terenu i maleńkie zakupy. Stoiska dopiero się formowały, zwiedzających nie było zbyt wielu, więc nawet nowości komiksowe, mogłam przeglądać do woli, bez męczącego tłoku.
Były też stoiska z gadżetami, jak stało się to zwyczajem ostatnich lat, również – japońskimi J








 Nie obyło się bez przywleczenia do domu magnesu na lodówkę, imitującego ciasteczko z wiśniami. Nowy nabytek umieściłam z boku lodówki, blisko ściany, aby nie skupił na sobie uwagi kotów i nie został zeżarty. Magnesy nie dość, że są mięciutkie w dotyku, to jeszcze słodko pachną i jak sądzę nie zaszkodziłyby kotom – zrobione z naturalnych składników i barwników, mogą ucieszyć również wymagającego alergika.   


Dzień drugi, poświęciłam na poważne zakupy, (które po drodze do domu, zostawiłam u Babci, z braku podręcznego Herkulesa). Zarejestrowałam stoiska, którym nazajutrz postanowiłam poświęcić więcej czasu; nawiązałam miłe kontakty zawodowe; tradycyjnie już spotkałam się z Przyjaciółmi, z którymi spędziłam resztę tego dnia. Ale zanim to nastąpiło, doświadczyłam wyjątkowo miłej niespodzianki. Wszystko zaczęło się w stylu: „od słowa, do słowa”, na stoisku Media Rodzina, gdzie po raz pierwszy mogłam zapoznać się z twórczością ilustratorską Aleksandry Kucharskiej-Cybuch. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ujmujący, starszy gentleman to sam Robert Gamble, założyciel wydawnictwa. 



W konsekwencji, otrzymałam tę wspaniałą (środkowa pozycja) książkę z autografem. 


Twórczość Pani Aleksandry Kucharskiej-Cybuch jest zjawiskowa. Delikatna kreska w połączeniu z fantastyczną wyobraźnią, udowadniają, że po latach ilustratorskiej posuchy na polskim rynku, opierającym się na zagranicznych przedrukach, jest wreszcie obiecująco!   


Sympatycznie też się zrobiło, gdy przywołała mnie dawna Koleżanka z akademickiej ławy ;-)



oraz wtedy, kiedy mogłam całkiem niezobowiązująco podziwiać rzeczy luźno związane z literaturą, co wcale nie umniejszało ich piękna i maesterii wykonania…   








Żal, że na imprezę z podobnym rozmachem, muszę znowu czekać 11 miesięcy. I dziwię się nieco, że okres wakacyjny w stolicy, ma miłośnikowi kultury i rozrywki tak mało do zaoferowania. A przecież nie każdy Warszawiak spędza 2 letnie miesiące w Chorwacji, czy Egipcie...