poniedziałek, 13 marca 2017

Elżbieta Kasznia - Po kurpiowsku, naturalnie


Mieszka w Rozogach, lecz jej serce pozostało na Kurpiach. Idea kultywowania tradycji regionu, uczyniła z niej artystkę wszechstronną. Elżbieta Kasznia z zawodu jest bibliotekarzem. Z powołania zajmuje się robieniem kwiatów z bibuły, wycinanek i palm. Haftuje stroje ludowe, ale przede wszystkim śpiewa w niespotykany sposób. Czemu tak zadziwiająco? Bo robi to w gwarze kurpiowskiej.    

- Która z dziedzin twórczości jest dla Pani najważniejsza?
- Najważniejsze zawsze było śpiewanie, chociaż nie od razu kurpiowskie. Zafascynowało mnie dopiero wtedy, gdy jechałam na pierwszy przegląd pieśni kurpiowskiej i zaczęłam zbierać repertuar, zapoznawać się z nim. Obecnie związana jestem z Orkiestrą Kurpiowską z Lelisa. W jej skład wchodzi 9 harmonii pedałowych, skrzypki i bębenek, a ja jestem ich solistką. Ponadto śpiewam z Klonowskimi Kurpiankami z Klonu oraz od czasu do czasu z grupą śpiewaczą Od Myszyńca - tu śpiewają moje trzy siostry cioteczne.
- Jest Pani laureatką licznych nagród. Którą z nich uważa Pani za najcenniejszą?
- Najbardziej lubię śpiewać pieśni leśne i dlatego najważniejszą nagrodą było dla mnie zajęcie I miejsca w Kazimierzu. Tam śpiewałam: Zaśweć niesiądzu, A na polu sosna i Mój śwecie mój śwecie. Śpiewam w gwarze kurpiowskiej, która jest mi znana od dzieciństwa i nie stanowi dla mnie żadnego problemu. W niektórych pieśniach kurpiowskich  pojawia się często tzw. apokopa, tzn. urywanie końcówek. Ważne było również i to, że śpiewałam jako solistka w Teatrze Polskim w Warszawie, w spektaklu Wielkanoc na Kurpiach oraz to, że specjalnie dla mnie, na dożynki w Lubiejewie skomponowano muzykę do pieśni Mój śwecie mój śwecie i do dwóch innych piosenek.
- Czy pozostałe pasje zrodziły się równie naturalnie?
- Wyszywanie, kwiaty i wycinanki – to wszystko było po drodze, przez przypadek. Jeśli chodzi o wycinanki, to przeważnie wykonuję moje własne projekty, oparte na motywach kurpiowskich. Tak samo kwiaty, nikt mnie ich nie uczył. Wystarczyło tylko przyglądanie się naturze i własna wyobraźnia. Bardzo podobnie było z wyszywaniem.


- Jak się robi takie kwiaty?
- Do kwiatów używam krepiny, bibuły krepowanej i drutu. Do większych kwiatów potrzebny jest kij, tak samo do palmy. Na Kurpiach kwiaty z bibuły i wycinanki wykorzystywano do strojenia wnętrza chałupy. Kwiatami dekorowano m.in. święte obrazy - ozdabiano ich ramy.
Jedynym kwiatkiem, którego wzoru ktoś mnie nauczył, były szyszki. Są one bardzo charakterystyczne dla regionu kurpiowskiego, wplata się je również w palmy kurpiowskie. Pozostałe kwiaty to podpatrywanie przyrody i mój własny pomysł jak je zrobić. Staram się, aby wyglądały jak prawdziwe.



- Jakie ma Pani dalsze plany?
- W chwili obecnej od czterech lat jestem na rencie, a w tym roku przejdę na emeryturę, Prawie całe moje życie to biblioteka… Spośród planów które, chciałabym zrealizować, jest marzenie, by jeszcze przynajmniej raz wystąpić w Kazimierzu na festiwalu i nie tylko. Lubię śpiewać, kiedy dużo ludzi mnie słucha, a nie kameralnie dla kilku osób. Ostatnio, w tłusty czwartek, oprócz śpiewania, grałam babkę w widowisku Cudowne ozdrozienie, które przedstawiliśmy w Lelisie na konkursie. Zajęliśmy tam I miejsce.



Wywiad przeprowadzony dla "Gazety Polskiej Codziennie" (1665) 4-5/03/2017 - "Dodatek Mazowiecki". Fotografie: E.K. 

poniedziałek, 6 marca 2017

Marta Bałabuch - Malowane wełną


Rób to, co kochasz, wkładaj w to całe serce i duszę, a na pewno wszystko pójdzie po twojej myśli A jeśli ktoś mówi ci, że to, co robisz nie ma sensu i że się nie uda, pamiętaj, to są jego granice nie twoje! – tak brzmi życiowe motto Marty Bałabuch z Warszawy, plastyka i jubilera.  




- Tworzy Pani autentyczne dzieła, to właściwie obrazy na tkaninie…
- Filcowanie na mokro, to moja pierwsza, wielka miłość. Z wykształcenia jestem plastykiem technikiem. Skończyłam dwie dwuletnie szkoły plastyczne o kierunku wystawiennictwo i techniki komputerowe. Później przez kilka lat pracowałam jako złotnik jubiler. Moje życie potoczyło się jednak w przedziwny sposób, bo przez kolejne 10 lat  byłam właścicielem drukarni, aż odnalazłam  swoje miejsce na ziemi i tak powstała moja pracownia plastyczna NaszMiszMasz. W końcu robię to, co kocham i to, co umiem. Tworzę z pasją i przekazuję swoją wiedzę oraz umiejętności ludziom, którzy  przychodzą do mnie na warsztaty.


- Czym jest filcowanie na mokro?
- To technika pozyskiwania tkaniny, polegająca na kompresji luźno rozłożonych włókien, poprzez tarcie i ubijanie wełny z wodą i mydłem. Proces ten nazywany jest filcowaniem lub spilśnianiem. Tajemnica filcu tkwi w specyficznej budowie wełnianego włosa, który złożony jest z drobniutkich łusek, dachówkowo zachodzących na siebie. Włókna wełny pod wpływem gorącej wody pęcznieją, a łuski odchylają się. Wełnę rozłożoną warstwami ubija się, roluje, uciska i walcuje. W ten sposób włókna, bez użycia jakiegokolwiek splotu tkackiego, dziewiarskiego, szycia, czy sklejania, a jedynie za pomocą tarcia i siły ludzkich rąk, zaciskają się tak mocno, że po pewnym czasie tworzą zwarty materiał, ponieważ każde z włókien jest zaczepione i uwięzione przez sąsiednie.


- Skąd wywodzi się ta technika?
- Filc jest jednym z najstarszych wyrobów włókienniczych wytwarzanych przez ludzi, prawdopodobnie starszym od tkactwa. Ślady filcu datowane na 6500 lat p.n.e. znaleziono na terenie dzisiejszej Turcji. Zaawansowane technicznie wyroby filcowe, z około 600 roku n.e odkryto także w wiecznej zmarzlinie na Syberii. Współczesne prace nie są już tak siermiężne jak ich pierwowzory. Teraz prócz funkcji użytkowej, stawia się również na walory estetyczne. W moich pracach wykorzystuję jedwab, który w połączeniu z wełną nadaje jej nieco lżejszego wyrazu. Końcowy efekt jest zaskoczeniem nawet dla twórcy.


- Problemy artystycznej codzienności?
- Są bardzo prozaiczne i dotyczą najczęściej kwestii finansowej. W dzisiejszych czasach twórca, żeby "się sprzedać" powinien być jednocześnie menagerem, fotografem, handlowcem. Niestety na to wszystko nie starcza czasu, a często i umiejętności. Nie tworzymy produktów pierwszej potrzeby i musimy trafić na konesera. Ludzie są przyzwyczajeni do chińszczyzny, więc ceny rękodzieła niejednokrotnie ich zniechęcają do kupna. Daleko nam jeszcze do Europy zachodniej, gdzie twórczość rękodzielników jest doceniana. Chciałabym, aby moja praca oprócz ogromnej satysfakcji jaką mi daje, zapewniała również poczucie finansowego bezpieczeństwa. W czerwcu zostałam zaproszona na Cypr, aby poprowadzić warsztaty filcowania, więc chyba powoli moje marzenia stają się rzeczywistością.













Wywiad przeprowadziłam na zamówienie "Gazety Polskiej Codziennie" nr 1659, z dn. 25-26/02/2017, dla "Dodatku Mazowieckiego".  
Wszystkie fotografie pochodzą z archiwum Artystki. 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Magdalena Szpuda - Kolekcjonerka pieśni, artystka słowa


„Każda chwila jest inna i niepowtarzalna, dlatego chłonę ją zamiast oglądać się wstecz, lub wyprzedzać myślami obecny czas” – tak brzmi motto życiowe Magdaleny Szpudy z Ursusa. Z wykształcenia ogrodnik i księgowa, z  powołania poetka, z  zamiłowania kolekcjonerka pieśni ludowych, muzykantka i śpiewaczka.

- Łączysz tyle różnorodnych dróg zawodowych i twórczych…
- Mam dwa zawody. Skończyłam Technikum Ogrodnicze w Brwinowie – Pszczelinie, szkole z ponad stuletnią tradycją, ale w tej chwili nie ma już po niej śladu – dosłownie, bo jej piękny, zabytkowy budynek został zrównany z ziemią w zeszłym roku. Po latach skończyłam zaoczne technikum ekonomiczne, a następnie studia. Uwielbiam muzykować, śpiewać i grać na różnych instrumentach. Od wielu lat gram na gitarze, nauczyłam się grać na pianinie, a obecnie od kilku lat uczę się grać na bębenku obręczowym, akordeonie i na skrzypcach, wykonując tradycyjną muzykę ludową. Jednak moją największą pasją jest pisanie wierszy.
- Dlaczego?
- Wszystko przychodzi samo i pozwala cieszyć się słowami. One zawsze stanowią niespodziankę i zaskoczenie. Nigdy nie wiem, jak mój wiersz się zakończy. Sama tego za bardzo nie pojmuję, ale naprawdę tak jest, a zainspirować mnie potrafi nawet jedno usłyszane słowo, lub myśl. Wiem, że moja poezja pomaga innym i to też jest bodźcem do pisania.
- Jak długo piszesz?
-  Tak na poważnie od wiosny 2013 r. To się obudziło pod wpływem bardzo silnych przeżyć po śmierci mamy, która odeszła od nas w domu, w otoczeniu bliskich. Takie rzeczy nie pozostają bez wpływu na dalsze dni.    
- Czujesz się związana emocjonalnie z Mazowszem?
- Mazowsze inspiruje mnie od dziecka. Urodziłam się tu i wychowałam. Zawód ogrodnika miał dać mi pracę w bliskości z naturą, ale koniec szkoły zbiegł się w czasie ze zmianami ustrojowymi w kraju i trzeba było szukać pracy, która dawałaby szansę na przyszłość. Mazowsze ma kulturowy, krajobrazowy i historyczny potencjał. Północne Mazowsze to Kurpie z cudownymi pieśniami, których uczę się śpiewać, północ to Radomszczyzna z jedynymi mazurkami na świecie, których uczę się grać na skrzypcach.   
- Spisujesz też i nagrywasz dawne pieśni…
- W grudniu 2014 r. poznałam mistrzynię śpiewu ludowego, panią Marię Bienias z Woli Koryckiej Górnej w powiecie garwolińskim. Z rozmowy z nią dowiedziałam się, że wszystkie pieśni, które zna są w jej głowie. Pomijając nieliczne wyjątki nie ma niczego spisanego, ani nagranego, a posiada ogromny repertuar, bo bez mała 1000 pieśni o bardzo różnorodnej tematyce. Pani Maria jest osobą, która ma samorodny talent artystyczny. Sama pisze przedstawienia dla teatru ludowego, które prezentuje z założonym przez nią Zespołem Ludowym z Woli Koryckiej Górnej. Od maja 2015, zaczęłam regularnie odwiedzać panią Marię i nagrywać jej pieśni. Następnie spisuję tekst, a pani Maria poddaje go korekcie. Musi być napisany gwarą, żeby oddawał swój ludowy charakter. W tej chwili mam nagranych ok. 100 pieśni. Poszukuję wydawnictwa, które zechciałoby wydać śpiewnik z pieśniami Marii Bienias, wraz z nagraną płytą. Jestem przygotowana na to, że jeśli nie znajdę odpowiedniego wydawnictwa, wówczas wydam śpiewnik własnym sumptem, ponieważ obiecałam to pani Marii i słowa dotrzymam. Jej bogactwo kulturowe zasługuje na ocalenie od zapomnienia.   

Pełna wersja wywiadu dla "Gazety Polskiej Codziennie" z 18-19/02/2017- "Dodatek Mazowiecki"

Fotografię Marii Bienias, zaczerpnęłam z internetu:


 Chtórondy Jasiu pojedzies

Chtórondy Jasiu pojedzies
 
Cy przez łolsynko cy przez wieś
 
Tum tady rady radia dona
 
Cy przez łolsynko cy przez wieś
 

 
Przez wieś Kasiańko pojada
 
Do swyj dziewcyny na rada
 
Tum tady rady radia dona
 
Do swyj dziewcyny na rada
 

 
A cóz tam bandzie za rada
 
Kiedy dziewcyna nie gada
 
Tum tady rady radia dona
 
Kiedy dziewcyna nie gada
 

 
Łój bandzie łuna godała
 
Kiedy przyjechać kozała
 
Tum tady rady radia dona
 
Kiedy przyjechać kozała
 

 
Łój bandzie łuna mówiła
 
Kiedy przyjechać prosiła
 
Tum tady rady radia dona
 
Kiedy przyjechać prosiła
 

 
Lepso jo Jasiu niźli ty
 
Mum jo fartusek wysyty
 
Tum tady rady radia dona
 
Mum ja fartusek wysyty
 

 
A któz go tobie wysywoł
 
Kiej jom u ciebie nie bywoł
 
Tum tady rady radia dona
 
Kiej jom u ciebie nie bywoł
 

 
Wysyli mi go dworacy
 
Kazdy kwioteczek inacy
 
Tum tady rady radia dona
 
Kazdy kwiotecek inacy
 

 
Wysyli mi go dworzanie
 
Łod samyj góry do ziami
 
Tum tady rady radia dona
 
Łod samyj góry do ziami
 

 
Były dwie siostry


 
Były dwie siostry łobie siroty
 
I dwaj rycerze jadą w zoloty
 
I dwaj rycerze jadą w zoloty
 

 
Łoba do młodsy jadą w zoloty
 
Do starsy zadon ni ma łochoty
 
Do starsy zadon ni ma łochoty
 

 
Młodsa siostrzycka suknia wysywa
 
Starso siostrzycka z nij sia naśmiwa
 
Starso siostrzycka z nij sia naśmiwa
 

 
Siotro łoj siostro ciamno na dworze
 
Siostro łoj siostro pojdźmy nad morze
 
Siostro łoj siostro pojdźmy nad morze
 

 
Młodso siostrzycka siadła na skale
 
Starsza jo pchnoła w te morskie fale
 
Starsza jo pchnoła w te morskie fale
 

 
Młodso siotrzycko fala unosi
 
Ratuj łoj ratuj siostrzycka prosi
 
Ratuj łoj ratuj siostrzycka prosi
 

 
Nie ratuj nie ratuj niech łona zginie
 
Narzecunygo łoddoj Celinie
 
Narzecunygo łoddoj Celinie
 

 
Łoddum ja łoddum diamant na drogę
 
Narzecunego łoddać nie mogę
 
Narzecunego łoddać nie mogę
 

 Jasiu Jasiu jak to bondzie

Jasiu Jasiu jak to bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 
Ludzie już godajo wsondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 

 
A co ludziom jest do tygo
 
Łodyrydy łuchacha
 
Niech pilnujo każdy swygo
 
Ło Maniusiu ty moja
 

 
Jasiu Jasiu jak to bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 
Kolibocki trzeba bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 

 
Jest na górze stara niecka
 
Łodyrydy łuchacha
 
Będzie dobra kolibecka
 
Ło Maniusiu ty moja
 

 
Jasiu Jasiu jak to bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 
Powijaka trzeba bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 

 
So na górze stare gacie
 
Łodyrydy łuchacha
 
Bondom dobre w powijace
 
Ło Maniusiu ty moja
 
Jasiu Jasiu jak to bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 
Pielusecki trzeba bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 

 
Zdyjmies z góry dwie chustecki
 
Łodyrydy łuchacha
 
I zrobis mu pielusecki
 
Ło Maniusiu ty moja
 

 
Jasiu Jasiu jak to bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 
Kumów zwołać trzeba bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 


Jo mom siostro ty mos brata
 
Łodyrydy łuchahcha
 
Bondzie kumów cała chata
 
Ło Maniusiu ty moja
 

 
Jasiu Jasiu jak to bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 
Jak na imio dać mu bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 

 
Duma mu na imie Franek
 
Łodyrydy łuchacha
 
Bondzies fikoł jak baranek
 
Ło Maniusiu ty moja
 


Jasiu Jasiu jak to bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 
Chrzciny wyprawić trza bondzie
 
Jasiu Jasiuleńku mój
 

 
Ty mos łowce jo barana
 
Łodyrydy łuchacha
 
Bondom chrzciny jak u pana
 
Ło Maniusiu ty moja
 

wtorek, 21 lutego 2017

Katarzyna Zedel – najpiękniejsza jest muzyka ludowa


„Trzeba brać i grać”, mawiał Jan Gaca, wybitny muzykant i nauczyciel. To przesłanie stanowi inspirację dla Katarzyny Zedel – z wykształcenia, nauczyciela,  pedagoga i etnomuzykologa, a z zamiłowania:  muzykantki, śpiewaczki, tancerki i twórczyni instrumentów ludowych. Pracuje jako specjalista ds. zbiorów w Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych w Szydłowcu.     

- Kto odwiedza Muzeum Ludowych Instrumentów w Szydłowcu?
- Głównie osoby z Polski, ale także zagraniczni goście. W 2015 roku, po 40. latach działalności Muzeum, otwarta została nowa ekspozycja stała „Instrumenty… - zobaczyć i usłyszeć tradycję”. Ekspozycja polskich instrumentów ludowych wzbogacona została o materiały multimedialne, które ukazują brzmienie instrumentów i związane z nimi regionalizmy, np. strój muzykantów, składy kapel, czy charakterystyczne melodie. W 2016 roku Muzeum zorganizowało V Ogólnopolski Konkurs na Budowę Ludowych Instrumentów Muzycznych. Ciekawe, że najstarszy uczestnik konkursu urodził się w 1925 roku, a najmłodszy w 2000 roku.
 - Dlaczego w czasach, które na muzykach wymuszają podążanie za modą i nowościami stylistycznymi, zajmuje się Pani muzyką tradycyjną?                                                    
- Muzyka tradycyjna porusza mnie, ożywia i rozwesela, powoduje, że krew w żyłach płynie szybciej. Mimo, iż z tym tematem zetknęłam się dość późno, bo pod koniec studiów, mam poczucie, że zamiłowanie do tej muzyki miałam zawsze i to „ziarenko” padło na podatny grunt. Ciekawe jest to, że muzykę w wykonaniu tzw. in crudo  usłyszałam w mieście, a nie na wsi. Ale po wspaniałym czasie miejskich wesel z muzyką wiejską, festiwali, nadszedł czas na zabawy na wsiach i potańcówki w miastach, których ostatnio coraz więcej. I ta przygoda wciąż trwa. 
- Uczestniczy Pani w warsztatach muzyki tradycyjnej  i festiwalach. Jaka jest średnia wieku występujących artystów i słuchaczy?
- Mamy kilka pokoleń osób, które zgłębiają tradycje muzyczne swojego „miejsca”, począwszy od muzykantów – mistrzów, urodzonych w dwudziestoleciu międzywojennym, do dzieci, które uczą się muzyki od swoich dziadków, czy na warsztatach. Polską muzykę tradycyjną słychać w mieście i na wsi, w radio i telewizji, w kraju i zagranicą. Festiwal Wszystkie Mazurki Świata i Ambasada Muzyki Tradycyjnej w Warszawie, Jarmark Jagielloński w Lublinie i wiele spotkań w innych miastach. Działania na wsi to m.in. Wiejskie Kluby Tańca w radomskim, Tabor Domu Tańca w Sędku w świętokrzyskim i Wielkopolsce, Festiwal „Na rozstajnych drogach”, Szkoły Suki Biłgorajskiej (lubelskie). Muzyka tradycyjna słyszana jest w 2 Programie Polskiego Radia w magazynie „Źródła”, w audycjach niedzielnych „Muzyczna scena tradycji”, w Radio Kielce, które uruchomiło internetowym kanale folkradio.pl oraz w audycji „W ludowych rytmach” codziennie o 5.30, a także w programie telewizyjnym „Dzika muzyka”.
- Zrobiła Pani mazanki wielkopolskie i sukę biłgorajską…
- W 2008 roku poznałam świetnego mistrza i nauczyciela Zbigniewa Butryna z Janowa Lubelskiego, który z synem prowadzi Szkołę Suki Biłgorajskiej. Gdy w 2010 r. przyjechałam, aby nauczyć się budowania instrumentów pan Zbigniew właśnie był w posiadaniu szablonu suki, wykonanego na podstawie słynnej akwareli Wojciecha Gersona, z 1895 roku, który namalował sukę, jej przekroje i wymiary podane w calach. Dlatego rozpoczęliśmy budowę dwóch suk, bliźniaczych, w celu sprawdzenia tego modelu.  


W tym samym roku wykonaliśmy jeszcze mazanki wielkopolskie, za moją sugestią, gdyż urodziłam się w woj. wielkopolskim, gram na instrumentach skrzypcowych i spodobał mi się kształt ósemkowy instrumentu, który prof. Ewa Dahlig opisała w książce „Ludowe instrumenty skrzypcowe w Polsce”. Zbudowaliśmy instrument na podstawie wymiarów podanych w tabeli oraz zdjęcia. 


W późniejszym czasie dowiedziałam się, że oryginalny instrument znajduje się w zbiorach Muzeum w Szydłowcu. Mogłam go obejrzeć i porównać oryginał  z wykonaną w pracowni pana Butryna kopią.
- Jaką rolę odgrywa w Pani życiu Mazowsze?
- Mazowsze jest dla mnie piękną krainą, w której mieszkam, pracuję i tworzę. A najpiękniejsza w tym regionie jest muzyka ludowa, której uczę się od wspaniałych mistrzów – muzykantów weselnych. Muzyka jak za dawnych czasów, kiedy to grali oberka i polkę, a potem znów…oberka i polkę.


Fotografie z archiwum Katarzyny Zedel.
Pełna wersja wywiadu, który ukazał się w: "Gazecie Polskiej Codziennie" 11-12/02/2017 ("Dodatek Mazowiecki".) 

czwartek, 16 lutego 2017

Twórczość radosna, sztuka wątpliwa.


Tak, zdecydowanie decoupage mnie odpręża. Kiedyś, gdy nie miałam siły robić nic innego, a własna kreatywność mnie rozpierała, to szycie było formą aktywności, którą mogłam wykonywać nawet w łóżku ;-) Sprawdziło się nie tylko po powrocie ze szpitala, ale również w czasie, gdy spadek energii, wszechogarniające wyczerpanie, nie pozwalało siedzieć przy stole i malować/rysować. Aż odkryłam... dekupAŻ!
Po dziś dzień nie wiem, czy naklejanie drukowanych papierów i serwetek (może pamiętacie, ale próbowałam też kiedyś z ludowymi wycinankami i tkaniną) na niemal dowolną powierzchnię można nazwać sztuką... Szczerze się waham, by zdobniczej tradycji wywodzącej się ponoć ze wschodniej Syberii, nadać to zaszczytne miano. Zresztą, jak to często bywa, pierwotnie koncepcja miała znaczenie bardziej praktyczne - plemiona nomadów ozdabiały w ten sposób groby swoich przodków. A gdyby tak dziś wprowadzić trumny i urny w stylu decoupage do powszechnego, że tak powiem... obiegu?
W XII w. barwna technika zawędrowała do Chin, gdzie wykorzystywano ją tak, jak robimy to dzisiaj, czyli do zdobienia różnych przedmiotów: pudełek, lampionów, a nawet okien.
Dobrze wykonany decoupage, powinien dać wrażenie, że naklejony motyw przykryty wieloma warstwami lakieru, nie wystaje ponad powierzchnię i nie jest wyczuwalny przy dotyku. Moje wytwory są często trochę siermiężne. Nie zawsze chce mi się gładzić, czy pomalować rzecz odpowiednią ilość razy.


Staram się za to wnieść coś nowego, własnego w utarty schemat tak, jak próbowałam to robić malując mangi. Ostatnio wpadłam na pomysł i zaczęłam zostawiać fragmenty szklanych przestrzeni. Ale ostrzegam - nie kopiujcie mojego patentu, jeśli wcześniej sami na to nie wpadliście ;-D



Na pytanie, czy czasochłonny decoupage jest sztuką, chyba każdy musi odpowiedzieć sobie sam. No, ale skoro i Picasso i Matisse także zajmowali się tą dziedziną...    

   


(w przypadku jesiennej butelki, każdy liść i kasztan wycinałam dokładnie, aby nie zostały żadne brzegi)


(butelkę azjatycką zrobiłam na prezent dla bliskiej Koleżanki; z rozmachem wyczarowałam jeszcze dwustronną podstawkę)









(zimowa ostatecznie zamieszkała u Babci; niestety, światło było kiepskie, stąd nędzne zdjęcia)