wtorek, 21 lutego 2017

Katarzyna Zedel – najpiękniejsza jest muzyka ludowa


„Trzeba brać i grać”, mawiał Jan Gaca, wybitny muzykant i nauczyciel. To przesłanie stanowi inspirację dla Katarzyny Zedel – z wykształcenia, nauczyciela,  pedagoga i etnomuzykologa, a z zamiłowania:  muzykantki, śpiewaczki, tancerki i twórczyni instrumentów ludowych. Pracuje jako specjalista ds. zbiorów w Muzeum Ludowych Instrumentów Muzycznych w Szydłowcu.     

- Kto odwiedza Muzeum Ludowych Instrumentów w Szydłowcu?
- Głównie osoby z Polski, ale także zagraniczni goście. W 2015 roku, po 40. latach działalności Muzeum, otwarta została nowa ekspozycja stała „Instrumenty… - zobaczyć i usłyszeć tradycję”. Ekspozycja polskich instrumentów ludowych wzbogacona została o materiały multimedialne, które ukazują brzmienie instrumentów i związane z nimi regionalizmy, np. strój muzykantów, składy kapel, czy charakterystyczne melodie. W 2016 roku Muzeum zorganizowało V Ogólnopolski Konkurs na Budowę Ludowych Instrumentów Muzycznych. Ciekawe, że najstarszy uczestnik konkursu urodził się w 1925 roku, a najmłodszy w 2000 roku.
 - Dlaczego w czasach, które na muzykach wymuszają podążanie za modą i nowościami stylistycznymi, zajmuje się Pani muzyką tradycyjną?                                                    
- Muzyka tradycyjna porusza mnie, ożywia i rozwesela, powoduje, że krew w żyłach płynie szybciej. Mimo, iż z tym tematem zetknęłam się dość późno, bo pod koniec studiów, mam poczucie, że zamiłowanie do tej muzyki miałam zawsze i to „ziarenko” padło na podatny grunt. Ciekawe jest to, że muzykę w wykonaniu tzw. in crudo  usłyszałam w mieście, a nie na wsi. Ale po wspaniałym czasie miejskich wesel z muzyką wiejską, festiwali, nadszedł czas na zabawy na wsiach i potańcówki w miastach, których ostatnio coraz więcej. I ta przygoda wciąż trwa. 
- Uczestniczy Pani w warsztatach muzyki tradycyjnej  i festiwalach. Jaka jest średnia wieku występujących artystów i słuchaczy?
- Mamy kilka pokoleń osób, które zgłębiają tradycje muzyczne swojego „miejsca”, począwszy od muzykantów – mistrzów, urodzonych w dwudziestoleciu międzywojennym, do dzieci, które uczą się muzyki od swoich dziadków, czy na warsztatach. Polską muzykę tradycyjną słychać w mieście i na wsi, w radio i telewizji, w kraju i zagranicą. Festiwal Wszystkie Mazurki Świata i Ambasada Muzyki Tradycyjnej w Warszawie, Jarmark Jagielloński w Lublinie i wiele spotkań w innych miastach. Działania na wsi to m.in. Wiejskie Kluby Tańca w radomskim, Tabor Domu Tańca w Sędku w świętokrzyskim i Wielkopolsce, Festiwal „Na rozstajnych drogach”, Szkoły Suki Biłgorajskiej (lubelskie). Muzyka tradycyjna słyszana jest w 2 Programie Polskiego Radia w magazynie „Źródła”, w audycjach niedzielnych „Muzyczna scena tradycji”, w Radio Kielce, które uruchomiło internetowym kanale folkradio.pl oraz w audycji „W ludowych rytmach” codziennie o 5.30, a także w programie telewizyjnym „Dzika muzyka”.
- Zrobiła Pani mazanki wielkopolskie i sukę biłgorajską…
- W 2008 roku poznałam świetnego mistrza i nauczyciela Zbigniewa Butryna z Janowa Lubelskiego, który z synem prowadzi Szkołę Suki Biłgorajskiej. Gdy w 2010 r. przyjechałam, aby nauczyć się budowania instrumentów pan Zbigniew właśnie był w posiadaniu szablonu suki, wykonanego na podstawie słynnej akwareli Wojciecha Gersona, z 1895 roku, który namalował sukę, jej przekroje i wymiary podane w calach. Dlatego rozpoczęliśmy budowę dwóch suk, bliźniaczych, w celu sprawdzenia tego modelu.  


W tym samym roku wykonaliśmy jeszcze mazanki wielkopolskie, za moją sugestią, gdyż urodziłam się w woj. wielkopolskim, gram na instrumentach skrzypcowych i spodobał mi się kształt ósemkowy instrumentu, który prof. Ewa Dahlig opisała w książce „Ludowe instrumenty skrzypcowe w Polsce”. Zbudowaliśmy instrument na podstawie wymiarów podanych w tabeli oraz zdjęcia. 


W późniejszym czasie dowiedziałam się, że oryginalny instrument znajduje się w zbiorach Muzeum w Szydłowcu. Mogłam go obejrzeć i porównać oryginał  z wykonaną w pracowni pana Butryna kopią.
- Jaką rolę odgrywa w Pani życiu Mazowsze?
- Mazowsze jest dla mnie piękną krainą, w której mieszkam, pracuję i tworzę. A najpiękniejsza w tym regionie jest muzyka ludowa, której uczę się od wspaniałych mistrzów – muzykantów weselnych. Muzyka jak za dawnych czasów, kiedy to grali oberka i polkę, a potem znów…oberka i polkę.


Fotografie z archiwum Katarzyny Zedel.
Pełna wersja wywiadu, który ukazał się w: "Gazecie Polskiej Codziennie" 11-12/02/2017 ("Dodatek Mazowiecki".) 

czwartek, 16 lutego 2017

Twórczość radosna, sztuka wątpliwa.


Tak, zdecydowanie decoupage mnie odpręża. Kiedyś, gdy nie miałam siły robić nic innego, a własna kreatywność mnie rozpierała, to szycie było formą aktywności, którą mogłam wykonywać nawet w łóżku ;-) Sprawdziło się nie tylko po powrocie ze szpitala, ale również w czasie, gdy spadek energii, wszechogarniające wyczerpanie, nie pozwalało siedzieć przy stole i malować/rysować. Aż odkryłam... dekupAŻ!
Po dziś dzień nie wiem, czy naklejanie drukowanych papierów i serwetek (może pamiętacie, ale próbowałam też kiedyś z ludowymi wycinankami i tkaniną) na niemal dowolną powierzchnię można nazwać sztuką... Szczerze się waham, by zdobniczej tradycji wywodzącej się ponoć ze wschodniej Syberii, nadać to zaszczytne miano. Zresztą, jak to często bywa, pierwotnie koncepcja miała znaczenie bardziej praktyczne - plemiona nomadów ozdabiały w ten sposób groby swoich przodków. A gdyby tak dziś wprowadzić trumny i urny w stylu decoupage do powszechnego, że tak powiem... obiegu?
W XII w. barwna technika zawędrowała do Chin, gdzie wykorzystywano ją tak, jak robimy to dzisiaj, czyli do zdobienia różnych przedmiotów: pudełek, lampionów, a nawet okien.
Dobrze wykonany decoupage, powinien dać wrażenie, że naklejony motyw przykryty wieloma warstwami lakieru, nie wystaje ponad powierzchnię i nie jest wyczuwalny przy dotyku. Moje wytwory są często trochę siermiężne. Nie zawsze chce mi się gładzić, czy pomalować rzecz odpowiednią ilość razy.


Staram się za to wnieść coś nowego, własnego w utarty schemat tak, jak próbowałam to robić malując mangi. Ostatnio wpadłam na pomysł i zaczęłam zostawiać fragmenty szklanych przestrzeni. Ale ostrzegam - nie kopiujcie mojego patentu, jeśli wcześniej sami na to nie wpadliście ;-D



Na pytanie, czy czasochłonny decoupage jest sztuką, chyba każdy musi odpowiedzieć sobie sam. No, ale skoro i Picasso i Matisse także zajmowali się tą dziedziną...    

   


(w przypadku jesiennej butelki, każdy liść i kasztan wycinałam dokładnie, aby nie zostały żadne brzegi)


(butelkę azjatycką zrobiłam na prezent dla bliskiej Koleżanki; z rozmachem wyczarowałam jeszcze dwustronną podstawkę)









(zimowa ostatecznie zamieszkała u Babci; niestety, światło było kiepskie, stąd nędzne zdjęcia)



poniedziałek, 13 lutego 2017

Tadeusz Rolke. Spotkanie z Mistrzem


87 – letni Tadeusz Rolke, jest świadkiem kilku epok – tym bardziej wyjątkowym, że wszystkie utrwalił na swych fotografiach. Chris Niedenthal zauważył: „Życie i praca Tadeusza Rolke, to prawdziwa kapsuła czasu”.
3 lutego, w Domu Artysty Plastyka przy ulicy Mazowieckiej 11 A w Warszawie, odbyło się spotkanie z Mistrzem Fotografii Tadeuszem Rolke i Małgorzatą Purzyńską, współautorką jego biografii. Uczestnicy mogli wysłuchać fragmentów wywiadu-rzeki: „Tadeusz Rolke. Moja namiętność”, nabyć książkę, obejrzeć niepublikowane w niej fotografie, zdobyć autograf i zadać pytania. Dla niektórych, zabrakło miejsc siedzących.


Przyszły, wybitny polski fotograf swój pierwszy aparat kupił jako 14 – latek w 1944r. W biografii wyznaje: „Zarobiłem pieniądze budując modele samolotów z balsy. Genialne zupełnie! Sprzedałem model, może dwa i miałem pieniądze; a może ciocia Hela dała mi kilka groszy?”
Ten aparat i zdjęcia, jego mama wyniosła z płonącej Warszawy widząc już wtedy, jak ważną rolę odgrywają w życiu syna. W książce możemy obejrzeć skan koperty z zakładu fotograficznego, mieszczącego się przy ulicy Mazowieckiej 11, co mogło poruszyć, ze względu na miejsce, w którym odbywało się spotkanie. Zupełnie, jakby historia zatoczyła koło… Niezwykła biografia artysty, jest sama w sobie świadectwem burzliwych dziejów Polski w XX w, które po dziś dzień uwiecznia na swych fotografiach. 
Artysta nie dostał się na Uniwersytet Warszawski ze względu na „burżuazyjne” pochodzenie społeczne, więc rozpoczął studia na KUL-u. Przeniósł się do stolicy, ale nie udało mu się ukończyć wymarzonej Historii Sztuki. Został aresztowany pod sfingowanym zarzutem uczestnictwa w nieistniejącej organizacji. Do Republiki Federalnej Niemiec wyjechał w 1970 r. na zaproszenie chrześcijańskiej organizacji. 
         Najwięcej opowiadał o tym okresie, w którym powrócił do Polski z Hamburga. Cztery dni po wprowadzeniu Stanu Wojennego, przyjechał dokumentować m.in. niezależne życie artystyczne i gwiazdy muzyki rockowej. Przyłączył się do powszechnego bojkotu państwowych wydarzeń kulturalnych i nie podjął współpracy z żadnym czasopismem. Fotografował artystów podczas pracy w ich atelier, tworząc w ten sposób unikalne świadectwo grupy zawodowej. Opowiadaniu towarzyszył pokaz slajdów  twórców i ich dzieł, co jednocześnie nadało spotkaniu dodatkowy wymiar. Młodsi uczestnicy mieli okazję poznać ciekawe osobowości, starsi komentowali przypominając sobie dawnych znajomych. Kilkakrotnie w narrację wdawała się nuta nostalgii, gdy Mistrz wspominał nieżyjące już osoby.  
- Jedzie się kilkaset kilometrów o świcie, aby zrobić jedno zdjęcie. I to jest bardzo przyjemne w zawodzie fotografa – powiedział pod koniec spotkania.
Nie sposób było przez półtorej godziny opowiedzieć o wszystkim, zwłaszcza w przypadku tak bogatego i różnorodnego dorobku. Spotkania z wielkimi ludźmi mają to do siebie, że zawsze pozostawiają pewien niedosyt. Jednocześnie też dają ogromną satysfakcję z uczestnictwa i osobistego poznania twórcy w czasach, w których wszystko oglądamy i wszystkiego chcemy doświadczyć poprzez ekran komputera. Dla mnie było to dodatkowo wzruszające spotkanie po latach z dawnym nauczycielem.   



Tekst napisany dla "Gazety Polskiej Codziennie" 06/02/2017 - "Dodatek Mazowiecki"

wtorek, 7 lutego 2017

Sławomir Ibek – spojrzenie z nieoczywistej perspektywy


Przejść uczciwie przez życie, unikać niezdrowej konkurencji zarówno w rolnictwie, jak i w twórczości ludowej – tymi zasadami kieruje się Sławomir Ibek, rzeźbiarz ze Strubin, absolwent ekonomiki rolnictwa na Akademii Rolniczej w Krakowie. Od ponad 30. lat prowadzi wraz z żoną gospodarstwo rolne o powierzchni 5 ha.
- Czy czuje się Pan w osobisty sposób związany z Mazowszem?
- Ziemia na Mazowszu ma dla mnie szczególne znaczenie. Nasze gospodarstwo leży na terenie ziem, które niegdyś należały do mojej rodziny, lecz zostały zagrabione przez komunistów po wojnie. Z sentymentu do przeszłości wydałem swoje oszczędności i wykupiłem mały skrawek dawnego rodzinnego majątku. Przestrzenie mazowieckich nizin mocno wpływają na moją twórczość i otwartość na nowe projekty artystyczne, są dla mnie relaksujące.
- Jak długo zajmuje się Pan rzeźbą w drewnie?
- Rzeźbiarstwem zajmuję się od najmłodszych lat. Początkowo były to formy ozdobne, a obecnie staram się połączyć je z formą użytkową. I tak powstają na przykład stołki w kształcie dzików, kotów, psów, lam i innych zwierząt.
- Jakie motywy Pana inspirują?
- Największą inspiracją jest dla mnie przyroda - zarówno nasza ojczysta natura, jak i ta egzotyczna. Bardzo często są to też potrzeby ludzkie. I tak np. z zamówień powstała długa ława krocionóg, hipopotam-śmietnik, czy zwierzaki futrzaki jako taborety do zdejmowania butów. Staram się patrzeć na codzienne wydarzenia z nieoczywistej perspektywy i z nich czerpać inspiracje. Zdarza się, że wykorzystuję bezużyteczne przedmioty jak drewniane beczki do kiszenia ogórków i kapusty. Powstały z nich donice na kwiaty w formie krowy, żaby, żółwia, ale też anioła czy diabła. Moja praca uzależniona jest w głównej mierze od rodzaju drewna, które wykorzystuję. Twórczość rzeźbiarska wymaga szerokiej wiedzy z zakresu znajomości materiałów. Jestem samoukiem, ale robię to z pasją i miłością, przez co działanie staje się łatwe.


- Na jakie przeszkody napotyka Pan jako twórca ludowy?          
- Jedną z przeszkód jest niedocenianie przez klientów ręcznych wyrobów oraz dominacja masowego produktu na przykład z Chin, z którym nie da się konkurować cenowo. Bardzo niepokojącym trendem, który obserwuję od dłuższego czasu jest fakt, że nawet na konkursach rzemiosła ludowego pierwsze nagrody zwykle otrzymują wyroby wytworzone przy użyciu maszyn, a nie faktyczne, ręczne kreacje. Kolejną przeszkodą ograniczającą dotarcie do potencjalnych kupców, bywają zaporowe ceny przestrzeni wystawowych. A także ograniczony dostęp do dobrej jakości materiałów, co powoduje brak realizacji niektórych wizji.
- Gdzie można znaleźć Pana rzeźby?
- Moje wyroby można nabyć w gospodarstwie w miejscowości Strubiny i na targach sztuki ludowej oraz różnego rodzaju wystawach.
- Artystyczne marzenia?
- Kreatywności mi nie zabraknie, ale chciałbym mieć czas na tworzenie nowych wzorów użytkowych. Może powinienem też swoje pomysły (aktualnie posiadam ponad 150 unikalnych projektów) zebrać w poradniku z instruktarzem ich wykonania? Mogłoby to zainspirować młodych ludzi, do stworzenia swoich wzorów, co na pewno dałoby im ogromną radość i możliwość odkrycia nowych pasji i talentów.



Wywiad ukazał się w "Dodatku Mazowieckim" "GPC", nr 1635, 28-29/01/2017. 

wtorek, 31 stycznia 2017

Andrzej Staśkiewicz - ostatni lutnik kurpiowski


- Od czego zaczęły się Pana zainteresowania dawnymi instrumentami ludowymi?
- Warto wspomnieć o wybitnej postaci jaką jest etnograf, badacz kultury Kurpiów Adam Chętnik, który jest dla mnie prawdziwym wzorem Polaka i patrioty. Jego staraniem powstały m.in. takie placówki jak Skansen w Nowogrodzie i Muzeum Północno - Mazowieckie w Łomży. Ojciec Adama Chętnika - Wincenty był zdolnym wiejskim majstrem, który budował też instrumenty. W jego pracowni jako młody chłopak praktykował Bolesław Olbryś z Dębnik koło Nowogrodu, nazywany ostatnim lutnikiem kurpiowskim. Po śmierci, z jego pracowni nic się nie zachowało. Po 20 latach, wygląda na to, że to ja mam zaszczyt być ostatnim lutnikiem kurpiowskim. Rzeźbą w drewnie zajmuję się od 2000r. a pierwszy instrument - ludowe skrzypce dłubanki zrobiłem cztery lata później. Dwukrotnie łamałem je i składałem od nowa ucząc się na błędach. Szukałem wiedzy w książkach, podpytywałem skrzypków z kapeli kurpiowskiej, podglądałem szczegóły konstrukcyjne profesjonalnych instrumentów. Temat bardzo mnie fascynował, zacząłem uczyć się pierwszych melodii. Potem powstawały kolejne instrumenty coraz bardziej złożone np.: moraharpa - skrzypce klawiszowe, lira korbowa, suka biłgorajska, fidele kolanowe, surdynka-skrzypce kieszonkowe, flety, fujarki, piszczałki, ligawy, gwizdki, kołatki i różne zabawki grające.
- Dlaczego widzi Pan potrzebę rekonstrukcji zapomnianych instrumentów ludowych?
- Jako twórca ludowy uważam, że mam wręcz obowiązek pielęgnować, chronić, rozwijać to co jest naszym dobrem narodowym: rodzimy folklor, rzemiosło, przekazywać swoje doświadczenia młodemu pokoleniu poprzez spotkania, warsztaty w szkołach świetlicach na festynach, imprezach regionalnych, itp.
Ludowe instrumenty muzyczne to unikalna dziedzina i zaledwie kilkadziesiąt osób w Polsce tym się trudni. Na Kurpiach tylko ja. Zajęcie to jest bardzo czasochłonne, wymagające sporej wiedzy zarówno muzycznej jak i w zakresie materiałów. Także specjalistyczne narzędzia są kosztowne, a nie ma gwarancji, że instrument się uda.
Zarobić na tym trudno, ale satysfakcja jest ogromna. Instrumenty wzbudzają zaciekawienie. Często ludzie pytają o możliwość zakupu różnych instrumentów, istnieje popyt. Od kilku lat w Warszawie organizowane jest Targowisko Instrumentów odwiedzane przez tysiące zainteresowanych.
- Czy Mazowsze, konkretnie Kurpie inspirują Pana w szczególny sposób?
- Mazowsze południowe jest przebadane i udokumentowane w cyklu "Muzyka odnaleziona" przez prof. Andrzeja Bieńkowskiego. Tam kierują się pielgrzymki z Warszawy zasmakować autentycznego folkloru. Mazowsze północne, Kurpie miały mniej szczęścia. Muzyka i cały folklor jest zamknięty w domach kultury, ogranicza się do kilku imprez gminnych, gdzie odbywa się jakiś występ na scenie, a do tańca kapela gra głównie "przeboje biesiadne". Starsze pokolenie muzykantów niestety już odeszło do lepszego świata i obecnie nie ma już nikogo, kto by pamiętał dawny sposób gry, bez nut, a z serca. Zadłużone samorządy nie mają środków na „ludowiznę” i poziom artystyczny zespołów idzie w dół. Tylko jedna gmina kurpiowska-Czarnia zdobywa jakiekolwiek nagrody na festiwalu w Kazimierzu Dolnym.
A Kurpie to przecież bezcenne źródło inspiracji, widoczne choćby w działalności ks. Skierkowskiego, który spisał ponad 2000 pieśni kurpiowskich. Jest więc z czego czerpać.
- Czy czuje się Pan strażnikiem pamięci regionu?
- Myślę, że tak. Robię co jest możliwe, bez jakichkolwiek funduszy. Od wielu lat jestem bezrobotnym bez szans na zatrudnienie. Musi wystarczyć to, co zarobię na okazyjnej sprzedaży rzeźby, czy jakichś drobnych pracach dorywczych. Ostatnie lata były chude i z trudem udawało się przetrwać zimę. Po zmianie rządu odczuwa się pewien wpływ programu 500+. Ludzie mają trochę więcej pieniędzy i na kiermaszach zaczyna się więcej sprzedawać. Stąd nadzieja na realizację planów. Czy jestem strażnikiem pamięci regionu?... W jakiejś części można tak powiedzieć. Choćby w dziedzinie budowy instrumentów. Wiele udało się zrobić, odkryć na nowo, udokumentować, więc to przetrwa dla następnych pokoleń.  Jest jeszcze coś... chyba nakaz "z góry". W 2006 roku w Szydłowcu po raz pierwszy ujrzałem lirę korbową - instrument z 1000-letnią historią. Za pół roku w Wielkanoc lira mi się przyśniła. Po paru miesiącach dłubaniny zagrałem kolędy na własnej lirze. Wkrótce okazało się, że w kadzidlańskim kościele wśród malowideł znajduje się wizerunek liry korbowej namalowany przez uczniów Jana Matejki. Przez 120 lat nikt nie wiedział co to za przedmiot i dopiero po korbce został rozpoznany. Tak więc mamy kurpiowską lirę korbową. Odkrycie, bo takich malowideł jest bardzo niewiele w naszym kraju. Może kiedyś uda się i ten instrument zrekonstruować?




 Pełna wersja wywiadu, który ukazał się w "Dodatku Mazowieckim" do "Gazety Polskiej Codziennie" z 16/01/2017. Fotografie z archiwum Andrzeja Staśkiewicza. 

środa, 18 stycznia 2017

Prezenty rozdane!


Pamiętam lata, w których już pod koniec listopada, rozpoczynałam intensywną produkcję świątecznych prezentów. Najbliższych było niewielu, ale za to przyjaciół, koleżanek, znajomych - tych sezonowych i bardziej stałych, oraz życzliwych sąsiadów - zbierał się całkiem spory krąg. A ja miałam przemożną potrzebę obdarować każdego jakimś drobiazgiem. Co roku fascynowały mnie inne motywy, poznawałam nowe techniki, lub doskonaliłam stare, zatem radosną twórczość młodzieńczą mogę podzielić na wiele etapów. Często korzystałam z modeliny i masy solnej/ciasta. Uwielbiałam rysować/malować motywy świąteczne na kartach (bywało, że w sezonie tworzyłam ich nawet kilkadziesiąt!). Kręciły mnie naturalne materiały: szyszki, korek, kora. A później odkryłam twórczość tekstylną. Najbliżsi, lub wybitnie zasłużeni w mym życiu ;-), otrzymywali jakiś obrazek (techniki też się zmieniały i poprawiały z biegiem lat), rzadziej - obraz. Było też kilka takich Osób, (dziś z różnych względów już ich nie ma) które uzbierały niemały zbiorek moich produktów hand - made... Tamten kontekst odszedł do przeszłości i ostatnie 5 lat, dało mi w najlepszym razie raptem kilka sytuacji, które mogłam spuentować zrobionymi przez siebie upominkami. Dopiero w minionym grudniu odkryłam, że osób, którym chcę coś dać... jest całkiem sporo :-)
A tak wyglądają większe i mniejsze ceramiczne twory, które mam nadzieję cieszą ich właścicieli. Wybaczcie robocze fotografie, ale nie miałam czasu czekać na dobre parametry świetlne...        

Magnesy na lodówkę:





Ozdoby choinkowe - część jeszcze bez sznureczków: 




I moi faworyci ;-)



Szkliwiona 3 - krotnie, nim mnie zadowoliła: patera - liść.






Shih - tzu (znane mi osobiście ;-)):



Kolejna ważka. Miała być wreszcie dla mnie ;-), ale podobnie jak poprzednim - pozwoliłam jej pofrunąć do innego, miłego domku:



Naczynko z kotem, które może być m.in. mydelniczką...


Żeby nie było wątpliwości, to nie są wszystkie prezenty, jakie rozdałam ;-) Kilku drobiazgów zwyczajnie nie zdążyłam udokumentować, a niektóre nadal czekają na wręczenie przy najbliższych spotkaniach, już niekoniecznie około świątecznych...