sobota, 8 lutego 2014

Czarno na białym. Twardy chleb artysty.



Gdzie dzieło jedno, a artystów wielu, tam łatwo o różnice interpretacji tematu. Zazwyczaj też bywa ciężkostrawna taka mieszana zupa. A nawet wtedy, gdy twórca jest jeden, ale to zleceniodawca nosi w głowie własne kryteria. Z pewnością mogłabym książkę napisać o tym, jak pisałam, właśnie, malowałam, rysowałam, szyłam, projektowałam i fotografowałam "dla kogoś", lub po prostu, by mieć z czego żyć. Gatunek? Czarna komedia! Cóż - niemal zawsze fajnie było tylko w tych sytuacjach, gdy robiłam coś dla siebie i z siebie, kiedy tworzyłam "dzieło", a nie "produkt" :-)
Tak postąpiłam teraz i cenię sobie to doświadczenie...
Współpracuję, jako jeden z maleńkich trybików w dużej machinie przy filmie dokumentalnym o bliskiej mi tematyce wojennej. Szef wiedział, że kiedyś rysowałam, ze szczególnym uwzględnieniem działu: ilustracja. Kilkanaście lat temu wyszłam z gatunku realizmu. Rysowałam głównie ołówkiem, czasem węglem, ale najczęściej malowałam pastelami olejnymi. Dla wprawy to, co dostrzegłam obok siebie, albo na ukochanej działce, czasem nawet z okna autobusu :-) Ale najchętniej ilustrowałam własne teksty literackie, lub te, które mnie najsilniej poruszyły.


2003r. "Listy Hali z getta warszawskiego" - pastele ołówkowe i olejne.


2002r. - pastele olejne; jedna z cyklu ilustracji do własnego tekstu literackiego.


1998r. "Ość", czyli kotka (matka znanej z moich blogów Padlinki), która spędziła ze mną 14 lat. (Pastele ołówkowe) Portret zrobiłam w dniu przyniesienia jej z działki, gdzie się urodziła. Na zamówienie dla jednej z warszawskich galerii, wykonałam wierną kopię. Nic nie wiem o osobie, która ją kupiła. Było to pierwsze tak profesjonalne zamówienie (chodziłam wtedy jeszcze do liceum :-).

W okresie studiów, wcale nie artystycznych, sprzedawałam przez jakiś czas moje prace. I tu pamiętam mnóstwo groteskowych sytuacji. Przynoszę do warszawskiej galerii spore obrazki, mojego ulubionego formatu A3 i słyszę:
- "O świetne. Kolor, temat, wymiary. Ale czemu one nie są owalne? Prostokątnych nie weźmiemy".
No, cóż, nie powiem, że ktoś mnie zrobił w (owalne) jajo tylko dlatego, bo szłam tam na tzw.: pałę. Ale wolałabym konkretną odmowę, taką, która by mnie czegoś nauczyła, a nie czepiania się kształtu, gdy już nie ma czego.
Inna galeria, mniej reprezentacyjna, wciśnięta w jedno z największych centrów handlowych w stolicy. Tam już musiałam zrobić cykl na zamówienie. Usłyszałam wytyczne:
- "Życzę sobie same koty. W spokojnych, pastelowych kolorach i żadnego tła. Innych tutejszy klient nie kupi".
Babka miała rozeznanie, bo "elita" w ciągu tygodnia rozgrabiła wszystko. Dowiedziałam się jednak, że mam się nie trudzić i nowych nie robić. Na pytanie: "dlaczego" nie usłyszałam od niej odpowiedzi. Uświadomili mnie za to starsi znajomi po fachu:
- "Głupiaś! Trzeba było dać jej dwa w prezencie, a nie rozliczać się za każdy. Myślisz, że z prowizji galerie żyją?"
Sytuacji tego rodzaju, było oczywiście dużo więcej. Coraz bardziej zniechęcona, szłam dalej artystyczną drogą, jak to mawiają: dla sztuki. Teczki pęczniały, Mama i garstka przyjaciół kibicowała, a ja niezmordowanie eksperymentowałam z technikami i stylami, by ostatecznie osiąść w hybrydzie mangi i Disneya. Ciekawe, że zakochałam się w tuszach. Fascynowały mnie kolorowe, ale uważałam, że największe możliwości, najwyższą siłę wyrazu, ma czerń. Zresztą lubiłam ją już wtedy, gdy operowałam węglem.





2004r. "Hidden place". Tusz.


2007r. Pastele ołówkowe. Tusz.

A gdy i tu powstała teczka, przypadek postawił na mej drodze, znajomą mojej bliskiej znajomej, która miała wydawnictwo. Pani Wydawczyni, zamówiła sobie u mnie cykl ilustracji do starych bajek; mrocznych, napisanych archaicznym językiem, ale nie pozbawionych uroku. Zamierzała je w ciągu roku wydać i właśnie szukała ilustratora.




2009r. Ilustracje do bajek. Tusz + pastele ołówkowe.

Ale to nie Hollywood napisał ten scenariusz, tylko zwykłe życie. Ponieważ pracowałam dla znajomej i to cieszącej się autorytetem, mówienie o podpisaniu umowy, byłoby poczytane za nietakt. Poza tym, połączyła nas, (zdawało się wtedy) wspólna wrażliwość i podobieństwo światopoglądowe, wykraczające poza zwykłe "tu i teraz". Więc pracowałam dobre trzy miesiące, nim zły los, lub też zły człowiek (jak zwał, tak zwał), zapewnił mi pobyt w szpitalu. A gdy już wyszłam, złożona w jeden kawałek, wzięłam się zaraz do pracy, widząc w tym zadaniu jedyną tratwę dla mojego pokiereszowanego fizycznie i duchowo jestestwa. Ostatecznie, nie dostałam ani grosza za wykonanie kilkunastu prac. Mama, w okresie mojej rekonwalescencji pełniąca rolę "rzecznika" powiedziała, co myśli o takim działaniu. Pani pogniewała się, Mama obraziła, a moja znajoma wycofała się na neutralną pozycję. Książka nie ujrzała światła dziennego, zaś Pani Wydawczyni zmarła nagle, równe 3 miesiące przed moją Mamą.





2009r. Tusz. Pastele ołówkowe. 

Przez 3 lata wykonałam tylko jedną pracę,


2011r. "Hiroszima". Tusz. A3.



i kopię elfów na zamówienie, które w konsekwencji sprzedałam komuś innemu, bo zleceniodawca - a jakże, rozmyślił się ot, tak... Do innych działań, zabrakło weny, zabrakło motywacji, sił i kibiców. Pojawił się za to szef.
I tu, opowieść o twardym chlebie artysty, spinam klamrą.
Szef wpadł na pomysł, że zdjęcia występują w każdym filmie dokumentalnym, więc my zróbmy coś innego. Niech to będą ... ręczne kopie zdjęć! :-) Cóż, nie otrzymałam stricte zamówienia, a jedynie propozycję, którą bardzo wzięłam sobie do serca. Postanowiłam chwycić byka za rogi. Fotografię, mogłam wybrać sama, narzędzie także. Wzięłam najtrudniejsze: tusz. Kto się bawił w te klocki, ten wie. Nie zetrzesz, nie zamalujesz, ręka nie może ci zadrżeć :-) W ten sposób, zrobiłam na formacie A3 wierną transpozycję fotografii.







Ale szef wyznał:
- "No, jest dobrze odrysowane, nie ma się do czego przyczepić, lecz... chciałem, by obraz był nie do odróżnienia od fotografii. A to jest wizja artystyczna".
:-)



Ile głów, tyle zdań. "Dzieło" , czy "produkt"? Hand made, czy kserokopia? A może wash & go - 2 w 1?
Co, kto woli!

niedziela, 26 stycznia 2014

Zagubiona paczka z ozdobami i sentymentalne opowieści.



No, tak. Wprawdzie już miesiąc po zimowych świętach, ale wtajemniczeni mawiają, że do 2 lutego, wypada trzymać choinkę, zaś dla tych, którzy mają problem, aby rozstać się z gwiazdkowym wystrojem, pozostaje "deadline" - termin do końca karnawału. Zatem mam jeszcze trochę czasu, by poruszyć temat ściśle sezonowy, tym bardziej, że po grudniowej wiośnie z pąkami na drzewach, zawitała wreszcie sroga zima z koksownikami na ulicach. Szczęściem ogromnym postawiono mi cudowny koksowniczek w połowie trasy, na przystanku z którego przesiadam się codziennie w drodze do pracy. Kto by pomyślał, że akurat mnie kopnie takie wyróżnienie? :-)
Wspomnianą paczkę odebrałam z poczty dopiero w minionym tygodniu, w panice, że mi ją w końcu odeślą do adresata. Zakupu na Allegro dokonałam już po nowym roku, nieco przypadkowo zaglądając z czystej ciekawości do Sprzedawcy, od którego nabyłam prezentowane niedawno przedwojenne aniołki. Choć już po Trzech Królach, ale u niego na internetowej aukcji, ocalało nieco choinkowych świecidełek... I dziś znów będzie trochę sentymentalnie. Bo do owych aniołków, otrzymałam wtedy również i taką gwiazdę.





Oczywiście, co kto lubi... Wielu powie, że to kicz, w porównaniu ze szpicem rarytasem (podobny widziałam kiedyś w Muzeum Etnograficznym w stolicy) upolowanym za zaledwie 6 zł! Szpic jest nie tylko unikalny, ale i rozmiaru wołu: ma aż 40 cm.






Ale ja tę gwiazdę ujrzałam w Veritasie koło mojego domu w latach przedszkolnych. Ciężki to był czas. Tylko nielicznym wtedy się przelewało, trudno zresztą orzec, co się mogło w latach tzw.: "głuchej komuny" przelewać, skoro panował ogólny niedobór. Niekiedy coś się pojawiało i dorośli z poświęceniem, na które moje pokolenie chyba już by się nie zdobyło, tkwili w ogonku do momentu wyczerpania towaru.
Po gwiazdę kolejka się nie ustawiła. Może dlatego, że za dużo było w niej czerwieni.
- Jak ruska - mruknęła Babcia, pragnąc najwyraźniej mnie zniechęcić.
Lecz nie było to łatwe, bo w oczach dziecka, plastikowe pseudo kryształki urosły do rozmiaru klejnotów, tym bardziej, że gwieździe na czub choinki, towarzyszyły w zestawie małe gwiazdki witrażowe.




Ech. Ruskie, nie ruskie. Były po prostu zwyczajnie drogie i chyba to przeważyło, że ich nie kupiłyśmy. I nie wiem, czemu - bo jak pisałam, kolekcję ozdób choinkowych, mam wprost muzealną - właśnie te gwiazdy utkwiły mi na resztę życia w pamięci. Dlatego tak miłą niespodzianką, była owa "czerwona", która wtedy dotarła do mnie w paczce z aniołkami. Ale jakim zaskoczeniem była następna aukcja na której za kilkanaście złotych, bez wysiłku, wylicytowałam 2 pudełka bombek, w tym garść różnych gwiazdek...







Oczywiście, te witrażowe wzruszyły mnie najsilniej. I chociaż nie wszystkie są w stanie idealnym, postanowiłam wyłuskać "kryształki" z takiej, która jest najbardziej uszkodzona i wkleić je w pozostałe z mniejszymi ubytkami :-)



Bardzo swojskie są też dla mnie te perłowe bomby w kolorowe ciapy.



Sama taką mam i szalenie ją lubię:



A to już dwa stare kotki. Żółty stoczył walką z czasem i zgubił ucho. Nie wiem, czy będę go naprawiać, czy dla żartu zostawię w takim stanie. Nigdy nie widziałam ich na żadnej spotkanej choince. Datuję je intuicyjnie na wczesne lata '80 XX w. Ale mogą być jeszcze starsze.





Inne czasy, inne ceny, całkiem inny świat... Na dobrą sprawę, wcale nie tak odległy kalendarzowo...





Miło pomyśleć o tym, że "odzyskałam" dziecinne gwiazdki. A jeszcze milej stwierdzić, że nadal mają dla mnie magię, mimo doświadczenia totalnej utraty dotychczasowości. Ale jak widać na tym drobnym przykładzie, pamięć i serce, to sejf, którego nie naruszą żadne okoliczności!


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Pies Komórkowy


Z lekkim poślizgiem, ale znowu nie tak dużym, przedstawiam gwiazdkowo - noworoczny upominek dla jednej z moich koleżanek - wyprodukowany przeze mnie wieczorami, pokrowiec na komórkę.
A aura w sam raz zrobiła się odpowiednia na taki strój dla telefonu. No, w końcu nie wypada by komórka marzła :-)
Myślę, że w takim ubranku, wykrojonym z wełnianej mini i przyozdobionym kawałkami najprawdziwszego kożuszka, nawet najbardziej wrażliwy telefon, wrażliwy tak, jak przysłowiowy "francuski pies", może czuć się bezpiecznie.


 
Użyłam zbliżonego wykroju tak, jak swego czasu do pokrowca w kształcie kota. Także i tu, wykorzystałam ogonek jako sprytne zapięcie (na metalowe zatrzaski). Zadanie miałam ułatwione, bo szyłam pod konkretny wymiar, ale bez względu na parametry, zawsze trzeba używać elastycznych tkanin.



Z komórkową zawartością w trzewiach, piesek na dobrą sprawę, przypomina maskotki z mojego dzieciństwa :-)




Powodzenia w nowym domku!

niedziela, 5 stycznia 2014

Piwna 12/14. Upominki dla każdego.


Wyprawa na warszawską Starówkę w sobotnie popołudnie, w czasie jeszcze niemal świątecznym, to wyczyn na miarę olimpiady. Zwłaszcza gdy rzecz dotyczy parkowania. Ustawienie auta w bezpośredniej bliskości Pl. Zamkowego, zalicza się do czynności niemożliwych. Ale kiedy już pokonałyśmy wraz z koleżanką ten etap, który powinien stanowić punkt spektakularnego survivalu, wkroczyłyśmy do baśniowej krainy świateł i zagłębia sklepików z upominkami. Warto było!



Z tych ostatnich Starówka zawsze słynęła, ale muszę przyznać, że dawno już minęły czasy wyłącznie syrenek i kryształowych wazonów. Dziś kupimy dużo rękodzieła w folklorystycznym stylu, rodem z cepelii, bursztyny, witrażyki, szklane kule z miniaturą Zamku Królewskiego, tematyczne magnesy na lodówkę, a także piękne, regionalne lalki. W każdym takim sklepiku znajdziemy też, co ciekawe - rosyjską Matrioszkę :-).
Sklep na ulicy Piwnej 12/14 przyciągnął mnie na dłuższą chwilę. 

  
Nabyć w nim można to wszystko, co już wymieniłam. Najważniejsze, że w pamiątkarskim centrum stolicy, króluje rękodzieło! 









Zatem jeśli chcemy coś naprawdę typowo polskiego, ponadczasowego, warto przyjść na Stare Miasto nie tylko w celu oglądu fantastycznie zrekonstruowanego fragmentu Warszawy, ale też na zakupy...