piątek, 15 lutego 2019

Św. Walenty po kurpiowsku


Od połowy lat ’90 XX wieku, św. Walenty na dobre wrósł w Polsce w rolę patrona zakochanych. Jest niemal synonimem anglosaskiego święta – Walentynek. Niewielu wie, że na Kurpiach, jeszcze w pierwszej połowie XX w. w dniu św. Walentego, odbywały się uroczystości wotywne w intencji chorych.


Zamiast czerwonych serduszek i ozdobnych kartek z anonimowym wyznaniem miłosnym – woskowe krążki, kulki, serca, nogi i ręce, ale też odlewy przedstawiające żywy inwentarz. Te ofiary, przynosili do kościoła wierni w dniu św. Walentego, jeszcze kilkadziesiąt lat temu. W Europie Walentynki mają kilkusetletnią tradycję, ściśle podporządkowaną romantycznemu motywowi. Do Polski dotarły jako komercyjna kalka święta, będącego wyrazem sympatii i miłości do naszych najbliższych. Walentynki szybko zyskały przychylność producentów pamiątek oraz właścicieli kwiaciarni i cukierni, dla których dzień 14 lutego, jest jednym z tych, które gwarantują najwyższy dochód w ciągu roku. Przeciwnicy święta, stawiają je w jednym rzędzie z Halloween i krytykują za wyparcie wigilii św. Jana/Nocy Kupały/Sobótki/Kupalnocki. Ta ostatnia nazwa związana jest z tradycją Mazowsza i Podlasia. Wszystkie powyższe w kulturach słowiańskich, dotyczą pojęć radości i miłości. W tradycji polskiej św. Walenty pierwotnie był patronem przewlekle chorych – w tym cierpiących na padaczkę, zwaną niegdyś „chorobą św. Walentego”. Przede wszystkim zaś opiekował się chorymi w czasie epidemii, a także osobami dotkniętymi chorobami układu nerwowego – konwulsjami, bólami głowy, chorobami psychicznymi.
Mały odpust, był uroczystością wotywną w intencji chorych. Zachowały się świadectwa, że takie nabożeństwa miały miejsce w parafiach: Krzynowłoga Wielka oraz Brodowe Łąki na Kurpiach. Ręcznie wykonane z wosku wota, przynoszono do kościoła w intencji głównie tych cierpiących na migreny i epilepsję, ale też nerwice oraz choroby psychiczne. Wota w umownym kształcie dotkniętych cierpieniem organów, nie były jedynymi woskowymi ofiarami. Inny, bardzo ciekawy i unikatowy dziś rodzaj stanowiły wota o charakterze antropomorficznym, czyli przedstawiającym ludzkie postacie. Były to schematyczne figurki niemowląt z szeroko otwartymi ustami. Rodzice przynosili je w nadziei, że św. Walenty pomoże nerwowym i płaczącym po nocach dzieciom. Kościół nie był przychylny woskowym formom antropomorficznym i z czasem zabronił praktyk religijnych, wykorzystujących te motywy. Kolejna zmiana, dotyczyła samych wykonawców wotów – pierwotnie lepili je ofiarnicy, ale z czasem zajęli się tym kościelni, którzy wypożyczali przedmioty potrzebującym za drobną opłatą. Na Kurpiach kościelnych nazywano „brastewnymi”, a ręcznie ulepione wota – „osiarami”. Ofiarnicy musieli obejść trzykrotnie ołtarz; zbierali kurz i wcierali go z modlitwą w miejsca dotknięte niemocą –  skronie, stawy. Proszono przede wszystkim o zdrowie dla siebie i najbliższych, w tym o pomoc dla cierpiących na chorobę św. Walentego, ale też o ochronę przed pomorem bydła. Przy wyjściu z kościoła, oddawali wypożyczone wota brastewnemu. Woskowe ofiary znajdują się w zbiorach Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.    

(na ilustracjach: Krzynowłoga Wielka - Kościół Wszystkich Świętych )

Tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie - Dodatek Mazowiecki" z dn. 14.02.2019, nr 2254.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz