niedziela, 9 kwietnia 2017

Wielkanocny Kiermasz Sztuk Różnych w Legionowie


Za niespełna 4 godziny wstaję i pędzę do PKS-u w kierunku Ostrołęki ;-). Dalej łapię środek transportu do Kadzidła, a tam zdaję się na Los Łaskawy, który doprowadzi mnie do Łysych na Niedzielę Palmową. Mimo nieludzko napiętego harmonogramu w ostatnich dniach, wymknęłam się dziś do miasta, (czyli do centrum Legionowa) aby wpaść choć na godzinę przed końcem na doroczny kiermasz rękodzieła w Ratuszu. Zainteresowanych, informuję, że impreza trwa jeszcze w niedzielę do godz. 16.
Z radością sentymentalną powitałam tęczowo-włóczkowe Sankowo.







Tym razem nabyłam breloczek do mojej torby. Kot, prawie jak wielkanocna pisanka z łapkami i łbem, będzie towarzyszył mojemu czarnemu chudzielcowi...



Odkryłam też Artystkę - Panią Beatę Paprocką, która bardzo mnie zaintrygowała swoimi niedużymi, efektownymi formami. Taką biżuterię, niezmiennie uwielbiam.! Te delikatne "dmuchawki" wtłoczone w mocną, nieregularną ramę medalionu, musiałam mieć!      









niedziela, 2 kwietnia 2017

Andrzej Staśkiewicz - RZEŹBY Z DUSZĄ, MUZYKA Z SERCA


Każdy z przedstawionych na wystawie przedmiotów, ma swoją historię powstania i powód, dla którego Artysta zachował go w swoich zbiorach. Andrzej Staśkiewicz z Kadzidła, po 17 latach aktywnej działalności twórczej, prezentuje swoje prace w warszawskiej Cepelii.


- Co nowego słychać u Pana?
-  Mam parę pomysłów m.in. na warsztaty rzeźby i budowy instrumentów ludowych. Byłyby połączone z plenerem rzeźbiarskim i wspólnym muzykowaniem. Ponadto we współpracy z pewną warszawską fundacją może powstanie film o tym co robię. Już trzeci raz piszą projekt z nadzieją na dofinansowanie z Ministerstwa. Kultury. Zobaczymy czy się uda.
- O jakich instrumentach Pan myśli?
- O skrzypcach. To rzadko spotykany instrument na przeglądach i festiwalach muzyki ludowej. Harmonistów jest zawsze kilkudziesięciu, natomiast skrzypków tylko kilku.
- Dlaczego?
- Nauka gry na skrzypcach, trwa wiele lat. Na moich warsztatach mógłbym także uczyć podstaw gry.
- Domyślam się, że najtrudniejsza jest kwestia związana ze stroną finansową takich przedsięwzięć.
- Tak, ale dla mnie zawsze najważniejsza jest misja edukacyjna społeczeństwa, a zwłaszcza młodego pokolenia, które z taką łatwością odrywa się dzisiaj od tradycji i własnych „sreber rodowych”.



Dawne instrumenty ludowe m.in.: cymbały, fujarki, liry, czy skrzypce dłubanki, oraz niepowtarzalne rzeźby oparte na motywach zaczerpniętych z życia wsi kurpiowskiej, można oglądać do końca miesiąca w Galerii Rondo - Pawilon Cepelia, przy ul. Marszałkowskiej 99/101. Otwarcie wystawy nastąpiło w czwartek, 9 marca.  
Figury aniołów, świątków, zwyczajnych Kurpiów i zwierząt, to tylko fragment możliwości artystycznych, autora liry skonstruowanej na podstawie starych rycin. Na prezentacji w Galerii Rondo, zobaczymy też prawdziwy unikat – najmniejsze skrzypce, czyli surdynkę. Mają tak mały gabaryt, że były noszone przez wiejskich muzykantów w rękawie, co pozwalało w każdej chwili, spontanicznie dołączyć się do wspólnego grania. 


Na tle bogatej, różnorodnej oferty w zakresie sztuki ludowej, jaką możemy na co dzień podziwiać w Cepelii, rzeźby Andrzeja Staśkiewicza, wyróżniają się precyzją i delikatnością. Ale to co oprócz mistrzowskiego warsztatu, czyni je niepowtarzalnymi, zawiera się w ich wnętrzu. Artysta przekazał im swoją wrażliwość i natchnął uchwytną duchowością. Nie tylko postacie świętych, aniołów czy Zbawiciela noszą w sobie zadumę i emocje. Każda z oddanych w drewnie twarzy ma własną ekspresję, co dotyczy nawet najmniejszych figur. 






Rzeźby eksponowane na wystawie w Cepelii, pochodzą z domowej kolekcji autora i powstały w różnym okresie. Najnowsze zostały zrobione specjalnie na tę wystawę, w tym dwie lalki ludowe, skonstruowane według autorskiego projektu. Wystawie towarzyszyła prezentacja wybranych instrumentów, a także porywający mini koncert muzyki kurpiowskiej. Gościnnie wystąpiła słynna śpiewaczka Apolonia Nowak, która śpiewała m.in. w zespole Ars Nova, Trio Swoją Drogą, z Alicją Węgorzewską i z Grzegorzem „Grzechem” Piotrowskim. Oprócz dokonań na scenie muzycznej, na której Apolonia Nowak udziela się już przeszło 50 lat, artystka robi też wycinaki kurpiowskie.

   









"Gazeta Polska Codziennie" 11-12/03/2016 (1671) - "Dodatek Mazowiecki" 


poniedziałek, 13 marca 2017

Elżbieta Kasznia - Po kurpiowsku, naturalnie


Mieszka w Rozogach, lecz jej serce pozostało na Kurpiach. Idea kultywowania tradycji regionu, uczyniła z niej artystkę wszechstronną. Elżbieta Kasznia z zawodu jest bibliotekarzem. Z powołania zajmuje się robieniem kwiatów z bibuły, wycinanek i palm. Haftuje stroje ludowe, ale przede wszystkim śpiewa w niespotykany sposób. Czemu tak zadziwiająco? Bo robi to w gwarze kurpiowskiej.    

- Która z dziedzin twórczości jest dla Pani najważniejsza?
- Najważniejsze zawsze było śpiewanie, chociaż nie od razu kurpiowskie. Zafascynowało mnie dopiero wtedy, gdy jechałam na pierwszy przegląd pieśni kurpiowskiej i zaczęłam zbierać repertuar, zapoznawać się z nim. Obecnie związana jestem z Orkiestrą Kurpiowską z Lelisa. W jej skład wchodzi 9 harmonii pedałowych, skrzypki i bębenek, a ja jestem ich solistką. Ponadto śpiewam z Klonowskimi Kurpiankami z Klonu oraz od czasu do czasu z grupą śpiewaczą Od Myszyńca - tu śpiewają moje trzy siostry cioteczne.
- Jest Pani laureatką licznych nagród. Którą z nich uważa Pani za najcenniejszą?
- Najbardziej lubię śpiewać pieśni leśne i dlatego najważniejszą nagrodą było dla mnie zajęcie I miejsca w Kazimierzu. Tam śpiewałam: Zaśweć niesiądzu, A na polu sosna i Mój śwecie mój śwecie. Śpiewam w gwarze kurpiowskiej, która jest mi znana od dzieciństwa i nie stanowi dla mnie żadnego problemu. W niektórych pieśniach kurpiowskich  pojawia się często tzw. apokopa, tzn. urywanie końcówek. Ważne było również i to, że śpiewałam jako solistka w Teatrze Polskim w Warszawie, w spektaklu Wielkanoc na Kurpiach oraz to, że specjalnie dla mnie, na dożynki w Lubiejewie skomponowano muzykę do pieśni Mój śwecie mój śwecie i do dwóch innych piosenek.
- Czy pozostałe pasje zrodziły się równie naturalnie?
- Wyszywanie, kwiaty i wycinanki – to wszystko było po drodze, przez przypadek. Jeśli chodzi o wycinanki, to przeważnie wykonuję moje własne projekty, oparte na motywach kurpiowskich. Tak samo kwiaty, nikt mnie ich nie uczył. Wystarczyło tylko przyglądanie się naturze i własna wyobraźnia. Bardzo podobnie było z wyszywaniem.


- Jak się robi takie kwiaty?
- Do kwiatów używam krepiny, bibuły krepowanej i drutu. Do większych kwiatów potrzebny jest kij, tak samo do palmy. Na Kurpiach kwiaty z bibuły i wycinanki wykorzystywano do strojenia wnętrza chałupy. Kwiatami dekorowano m.in. święte obrazy - ozdabiano ich ramy.
Jedynym kwiatkiem, którego wzoru ktoś mnie nauczył, były szyszki. Są one bardzo charakterystyczne dla regionu kurpiowskiego, wplata się je również w palmy kurpiowskie. Pozostałe kwiaty to podpatrywanie przyrody i mój własny pomysł jak je zrobić. Staram się, aby wyglądały jak prawdziwe.



- Jakie ma Pani dalsze plany?
- W chwili obecnej od czterech lat jestem na rencie, a w tym roku przejdę na emeryturę, Prawie całe moje życie to biblioteka… Spośród planów które, chciałabym zrealizować, jest marzenie, by jeszcze przynajmniej raz wystąpić w Kazimierzu na festiwalu i nie tylko. Lubię śpiewać, kiedy dużo ludzi mnie słucha, a nie kameralnie dla kilku osób. Ostatnio, w tłusty czwartek, oprócz śpiewania, grałam babkę w widowisku Cudowne ozdrozienie, które przedstawiliśmy w Lelisie na konkursie. Zajęliśmy tam I miejsce.



Wywiad przeprowadzony dla "Gazety Polskiej Codziennie" (1665) 4-5/03/2017 - "Dodatek Mazowiecki". Fotografie: E.K. 

poniedziałek, 6 marca 2017

Marta Bałabuch - Malowane wełną


Rób to, co kochasz, wkładaj w to całe serce i duszę, a na pewno wszystko pójdzie po twojej myśli A jeśli ktoś mówi ci, że to, co robisz nie ma sensu i że się nie uda, pamiętaj, to są jego granice nie twoje! – tak brzmi życiowe motto Marty Bałabuch z Warszawy, plastyka i jubilera.  




- Tworzy Pani autentyczne dzieła, to właściwie obrazy na tkaninie…
- Filcowanie na mokro, to moja pierwsza, wielka miłość. Z wykształcenia jestem plastykiem technikiem. Skończyłam dwie dwuletnie szkoły plastyczne o kierunku wystawiennictwo i techniki komputerowe. Później przez kilka lat pracowałam jako złotnik jubiler. Moje życie potoczyło się jednak w przedziwny sposób, bo przez kolejne 10 lat  byłam właścicielem drukarni, aż odnalazłam  swoje miejsce na ziemi i tak powstała moja pracownia plastyczna NaszMiszMasz. W końcu robię to, co kocham i to, co umiem. Tworzę z pasją i przekazuję swoją wiedzę oraz umiejętności ludziom, którzy  przychodzą do mnie na warsztaty.


- Czym jest filcowanie na mokro?
- To technika pozyskiwania tkaniny, polegająca na kompresji luźno rozłożonych włókien, poprzez tarcie i ubijanie wełny z wodą i mydłem. Proces ten nazywany jest filcowaniem lub spilśnianiem. Tajemnica filcu tkwi w specyficznej budowie wełnianego włosa, który złożony jest z drobniutkich łusek, dachówkowo zachodzących na siebie. Włókna wełny pod wpływem gorącej wody pęcznieją, a łuski odchylają się. Wełnę rozłożoną warstwami ubija się, roluje, uciska i walcuje. W ten sposób włókna, bez użycia jakiegokolwiek splotu tkackiego, dziewiarskiego, szycia, czy sklejania, a jedynie za pomocą tarcia i siły ludzkich rąk, zaciskają się tak mocno, że po pewnym czasie tworzą zwarty materiał, ponieważ każde z włókien jest zaczepione i uwięzione przez sąsiednie.


- Skąd wywodzi się ta technika?
- Filc jest jednym z najstarszych wyrobów włókienniczych wytwarzanych przez ludzi, prawdopodobnie starszym od tkactwa. Ślady filcu datowane na 6500 lat p.n.e. znaleziono na terenie dzisiejszej Turcji. Zaawansowane technicznie wyroby filcowe, z około 600 roku n.e odkryto także w wiecznej zmarzlinie na Syberii. Współczesne prace nie są już tak siermiężne jak ich pierwowzory. Teraz prócz funkcji użytkowej, stawia się również na walory estetyczne. W moich pracach wykorzystuję jedwab, który w połączeniu z wełną nadaje jej nieco lżejszego wyrazu. Końcowy efekt jest zaskoczeniem nawet dla twórcy.


- Problemy artystycznej codzienności?
- Są bardzo prozaiczne i dotyczą najczęściej kwestii finansowej. W dzisiejszych czasach twórca, żeby "się sprzedać" powinien być jednocześnie menagerem, fotografem, handlowcem. Niestety na to wszystko nie starcza czasu, a często i umiejętności. Nie tworzymy produktów pierwszej potrzeby i musimy trafić na konesera. Ludzie są przyzwyczajeni do chińszczyzny, więc ceny rękodzieła niejednokrotnie ich zniechęcają do kupna. Daleko nam jeszcze do Europy zachodniej, gdzie twórczość rękodzielników jest doceniana. Chciałabym, aby moja praca oprócz ogromnej satysfakcji jaką mi daje, zapewniała również poczucie finansowego bezpieczeństwa. W czerwcu zostałam zaproszona na Cypr, aby poprowadzić warsztaty filcowania, więc chyba powoli moje marzenia stają się rzeczywistością.













Wywiad przeprowadziłam na zamówienie "Gazety Polskiej Codziennie" nr 1659, z dn. 25-26/02/2017, dla "Dodatku Mazowieckiego".  
Wszystkie fotografie pochodzą z archiwum Artystki.