Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łyse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łyse. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Świąteczne wykopki. Zakupy kurpiowskie


Wbrew tytułowi, zacznę od części kurpiowskich nabytków, jakie zamieszkały w moim domostwie... Do rzeczonych wykopków, przejdę za chwilę.
Oczywiście nie mogło zabraknąć PALM:



I kwiatów z bibuły. 
Dziś prezentuję tylko te największe, które już na dobre wkomponowały się w folkowy krajobraz mojego mieszkania. Oj, najadłam się niepokoju, gdy zaczęło mżyć, a ja nie miałam z sobą żadnej dużej torby foliowej...  






Nabyłam też to sympatyczne, włóczkowe ptaszysko na skutek mojego odwiecznego sentymentu do kur. A raczej, co powinnam sprostować: naszego. Mama też kochała kury i czuję, że tę kupiłaby bez wahania:


I ostatni bohater mojej dzisiejszej, zakupowej prezentacji - choć nie ukrywam - pokazuję go z bólem. Historia jest bardziej tragiczna niż komiczna, niemniej pierwiastka komizmu sytuacyjnego, nie można jej odmówić...
Z Łysych dotarłam do domu, koszmarnie zmęczona, (mimo znacznie łatwiejszego powrotu niż dojazdu), a przecież musiałam jeszcze napisać sprawozdanie i już nazajutrz mknąć do stolicy na jajeczkowe spotkanie z osobami bezdomnymi w Teatrze Kamienica. 




W ramach odpoczynku, wyjęłam więc wszystkie moje dobra z toreb - żurawinę, wyniosłam do kuchni, z palmami i kwiatami pognałam do dużego pokoju. Tylko byśka - koziołka o realistycznie uformowanych różkach, zostawiłam dosłownie na chwilę w pracowni na podłodze. Nie zauważyłam, że pod stołem spała Hołota...


Gdy usłyszałam chrupanie - było już za późno. Te cudne różki, które tak mnie urzekły, bo nadawały stworzonku z ciasta prawdziwie indywidualny charakter, niemal jakiś magiczny pierwiastek - zostały zwyczajnie ZEŻARTE!!! 
Byłam bliska rozpłakania się ze złości, bezradności i absurdu płynącego z całej sytuacji ;-S 



(Koziołek w całości, zachował się tylko na fotografii)

A to już plon wielkosobotnich wykopków w szafkach u mojej Babci. Te plastikowe jajeczka z odpustu, do których chowałam kurczaki z waty, to zabawki z mojego najwcześniejszego dzieciństwa. Były u Pradziadków chyba jeszcze przed moim narodzeniem, pamiętam je od zawsze, wiec datuję przedmioty na przełom lat '70 i '80 XX. 




Za to po blisko trzech dniach wykopków w mojej przepaścistej serwantce (Mama mawiała, że tylko dziada z babą, tutaj się nie znajdzie;-)), wydobyłam wreszcie tekturowe, ręcznie malowane jajo, wielkości strusiego ;-). O ile poprawnie mnie informowano, pochodzi z lat '60 XX w i jak przez mgłę, pamiętam, że leżało u Prababci na toaletce, którą dziś radośnie zgarnęłabym jako dodatkowy wystrój do dużego pokoju.



Natomiast, w międzyczasie do środka owego jaja, zabłąkały się 2 baranki (ten po lewej pochodzi z mojego wczesnego dzieciństwa; po prawej jest starszy - też wyłudziłam od Prababci) oraz pierwszy, wielkanocny kurczak, jakiego ujrzały moje maleńkie oczy. Zrobiony jest z farbowanej waty, a łapki i dzióbek ma owinięte krepiną/bibułką. Dziś, stwierdzam,że bardziej przypomina małą kaczuszkę ;-). Tak, czy siak - cieszę się, że przetrwał zarówno przemiany ustrojowe, jak i zmiany klimatu ;-D. A także zmiany w moim życiu...




niedziela, 16 kwietnia 2017

Niedziela Palmowa na Kurpiach - część 2


A to już moje krótkie sprawozdanie. Zbyt krótkie, podobnie, jak zbyt szybko minęły mi tamte godziny w Łysych ;-)



Siła palm kurpiowskich

W Niedzielę Palmową, Łyse przemienia się w jedną z najbarwniejszych miejscowości w kraju. Co roku tego dnia, już nie tylko etnografowie i okoliczni mieszkańcy, przybywają na Kurpie. Tysiące turystów z całej Polski, oraz zagranicy przyjeżdża, aby podziwiać autentyczny folklor.

Chłodna aura i dokuczliwa mżawka, nie odstraszyła tych, którzy w Niedzielę Palmową, postanowili odwiedzić Mazowsze. Na ten krok, zdobyłam się wreszcie i ja. PKS zawiózł mnie do Ostrołęki po szóstej, co trwało prawie dwie godziny. Kolejno - godzina oczekiwania na transport do Kadzidła, a tam z braku połączeń, nie pozostało nic innego, jak szczęśliwie złapać „stopa” do celu… Jednakże, warto zmobilizować się i przetrwać niedogodności komunikacyjne, aby zobaczyć, dotknąć, posmakować mazowieckiej tradycji. Łyse od lat umiejętnie, bo w sposób naturalny, buduje swoją markę. W homogenicznym, zglobalizowanym świecie, Kurpie nadal względnie opierają się nowoczesnym trendom, pielęgnując dawne obyczaje. Tradycja wicia palm wielkanocnych w tym regionie, kultywowana jest przez wieki i na stałe wpisała się do obrzędów religijnych. Sosnowe oraz leszczynowe tyczki oplata się jałowcem, świerkiem, borówkami, lub cisem. Z szacunku dla przyrody, od kilkunastu lat coraz więcej Kurpianek, tworzy palmy wyłącznie z kwiatów, wykonanych z bibuły. W ten sposób chronią roślinność leśną. W miejscowej tradycji, palma ma magiczną moc i życiodajną siłę. Te wysokie, mają zapewnić ich wykonawcom długie życie, a dzieciom pokaźny wzrost i urodę. Aby uwić wielobarwne, bogato zdobione palmy, ludowe artystki szykują się do przedsięwzięcia miesiącami. Z ich długotrwałej, ciężkiej pracy powstają prawdziwe dzieła sztuki. Do robienia palm sosnowych, wybiera się młode drzewka z naturalnie rozwidloną kiścią na wierzchołku. Właśnie ten fragment palmy zdobi się w sposób wyjątkowy, kolorowy i indywidualny. Używa się w tym celu wstążek z bibuły oraz kwiatów. Taki sposób zdobienia jest charakterystyczny dla parafii Łyse i Lipki. Po II wojnie światowej, w obliczu ekspansji ustroju komunistycznego,  zwyczaj strojenia palm na Kurpiowszczyźnie stopniowo zanikał. Dlatego, w końcu lat ’60-ych ubiegłego wieku, podjęto w Łysych rozwojową inicjatywę, organizowania konkursów na najładniejszą palmę. Dziś cieszą protokoły konkursu, odbywającego się corocznie, gdzie powtarzają się te same nazwiska. Jak widać: młodsi uczestnicy przejmują tradycje rodzinne…  
W Łysych jest co podziwiać: dziesiątki kramów z koronkami, wycinankami, pisankami i kwiatami z bibuły – zaś twórcom można zadać pytania odnośnie warsztatu. Funkcjonuje również kiermasz produktów regionalnych. Oczywiście nie brak też masowo wytwarzanych pamiątek i zwykłej komercji adresowanej do mniej wymagającego klienta. Lecz, w tym także tkwi ciepły urok podobnych imprez.   

Tekst dla "Gazeta Polska Codziennie" 11/04/2017, (1697) - "Dodatek Mazowiecki" 

(Poniżej: ciepłe, urzekające wnętrze starego kościółka. Było tak zatłoczone, że swobodnie fotografowałam tylko sufity ;-)) 




(A tu już część czegoś w rodzaju okolicznościowego miasteczka handlowego z asortymentem w stylu "mydło i powidło")








(I wreszcie pawilonik, w którym sprzedawano wyłącznie sztukę ludową... )










Czuję wszechstronny niedosyt: brakowało mi bursztynów, z wyjątkiem tych pięknych na szyjach Pań Artystek, nie zdążyłam nabyć żadnej pisanki, nie załapałam się na słynny korowód palm, bo trwał akurat, gdy ja dotarłam na miejsce i czym prędzej rzuciłam się do zakupów, w uzasadnionej obawie, że zaraz spadnie deszcz, co ani kwiatom z bibułki, ani palmom dobrze nie robi... Zdecydowanie było zbyt dużo ludzi, ja byłam zbyt zmęczona, a pogoda dodatkowo odbierała resztę mojej energii, zatem: kupiłam mniej niż planowałam, zobaczyłam mniej niż zamierzałam i jak na siebie, zrobiłam skandalicznie mało zdjęć ;-)
Ale cieszę się niezmiernie, że mimo drobnych przeciwności, wreszcie zawitałam do Łysych! Przy okazji poznałam kolejne fantastyczne Artystki. Mam nadzieję pojawić się tam znów za rok :-D    

sobota, 15 kwietnia 2017

Niedziela Palmowa na Kurpiach - część 1


Jeszcze jako studentka Kulturoznawstwa, marzyłam aby pojechać do Łysych i obejrzeć na własne oczy prawdziwy folklor mazowiecki kurpiowskiej Niedzieli Palmowej. Ekscytowały mnie materiały filmowe z telewizyjnych wiadomości... Ale zawsze było mi albo zbyt daleko, albo nie po drodze, albo siły zdołałam zainwestować już w jakąś inną podróż lub działanie. Później wydarzyły się  rzeczy, które usadziły mnie w domu... Wprawdzie nowym, ale jednak niestety - usadziły i bezlitośnie zmieniły wektor ruchu ;-)...
W bieżącym roku sporo pisałam o sztuce kurpiowskiej i jej Artystach, więc dawne chęci ożyły na nowo. Na podróż zasadniczo namówił mnie Pan Andrzej ;-) A skoro los chwilowo odpuścił sobie i nie myślał pokrzyżować mi planów, wsiadłam o 6.54 w autobus z mojego za...pia i dojechałam do Legionowa. Poranek był mglisty, wilgotny i bardzo zimny - na dobrą sprawę: marcowy. Zaś ja po 3. godzinach snu z małym hakiem, skulona na skromnej ławce pod niefunkcjonalną wiatą, marzyłam tylko o drzemce. Wreszcie po 40 minutach, nadjechał spóźniony o 10 min. PKS do Ostrołęki... Tam wysiadłam wciąż śpiąca po blisko 2. godzinach jazdy i skonstatowałam, że PKS do Kadzidła mam dopiero za kolejną godzinę! W tym czasie zdołałam naskórkowo poznać Ostrołękę - hmmmm... od strony kiosków. Ziąb był tak przenikliwy, że musiałam niezwłocznie nabyć drugą parę skarpet i wdziać je na swojskim dworcu, pamiętającym zamierzchły PRL... Przypomniało się wczesne dzieciństwo i stare filmy. Inny świat. Uff, chociaż sentyment ogrzał zmęczone ciało. Autentyczny kłopot dał znać o sobie dopiero w Kadzidle. Okazało się, że w niedzielę nie odjeżdża stamtąd żaden PKS do Łysych!!! Jako wytrawny wędrowiec, nie mam nic przeciwko temu, aby przejść się blisko 20 km dla sportu. Ale nie wtedy kiedy jest szaro, zimno, deszcz "wisi w powietrzu", a do tego niebawem rozpoczyna się impreza, na której nie tylko chcę, ale muszę być, aby napisać sprawozdanie. Klops sytuacyjny. Wystukałam numer do P. Andrzeja. Automat odparł, że abonent jest niedostępny. Po kilkukrotnych próbach połączenia, doszłam do wniosku, że albo bateria padła, albo nawalił zasięg. Tak, czy siak, dotarła do mnie ponura prawda: "Kobieto - radź sobie sama". Doczłapałam się więc wąskim, piaszczystym poboczem do obwodnicy i szczęśliwie złapałam stopa. Dowiozła mnie przemiła para ludzi w średnim wieku, zainteresowanych folklorem i podróżami, którzy po raz kolejny w Niedzielę Palmową, jechali odwiedzić Kurpie...