26 kwietnia, wybije okrągła rocznica katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Gdy otrzymałam do zilustrowania opowiadanie Grega Egana "Nasza Pani Czarnobylska"
(Our Lady of Chernobyl) uświadomiłam sobie, że od momentu tej tragedii, upłynęło już 30 lat... Czy zbieramy jakiś plon tego wypadku inny niż traumatyczne wspomnienia niepewności (lakoniczność ówczesnych mediów podporządkowanych Moskwie, doprowadzała do szału i potęgowała strach) - to temat na innego posta...
Zanim przystąpiłam do wykonania tej konkretnej ilustracji, przejrzałam wiele zdjęć z dzisiejszego Czarnobyla i Prypeci. A później wzięłam się za ogląd różnych wariantów ikony Matki Boskiej Włodzimierskiej. Oba motywy poddane ściśle opowiadaniu, umieściłam w powyższym kadrze.
A, że pierwszy raz robiłam coś dla "Nowej Fantastyki", miałam stresującą wtopę z finalnym wymiarem. Przywykłam do standardowych formatów, tymczasem tu jest inaczej, co nie do końca pomieściło się w mojej niedoświadczonej w owym względzie wyobraźni. Owszem, miałam podane parametry, ale jakoś nie przeanalizowałam ich technicznie, gdy rozpoczynałam pracę. Mea culpa!

Doszły jeszcze czynniki natury bardzo osobistej, o których nie mogłam napisać, gdy oddałam niekompletne zlecenie, (choć serce waliło nienormalnie), bo to byłby nieprofesjonalny wybieg. Tymczasem, w trakcie pracy nad ilustracją, akurat dzień po kolejnej rocznicy śmierci Mamy, znikła mi nagle z widnokręgu 90 - letnia Babcia (jedyny żyjący członek mej rodziny). Uskarżała się ostatnio na złą pracę nerek, a na to schorzenie umarła miesiąc wcześniej przyszywana ciocia przyjaciółki, więc wyobraźnia tutaj ożywiła się bardzo nieprzyjemnie... Babcię, naturalną koleją rzeczy pognałam do lekarki. Gdy po ostatniej rozmowie kontakt nam zamarł, zaniepokoiłam się tylko lekko. Dzień i tak był zły od rana, obudziłam się z migreną i w takim stanie machałam pędzelkiem Wiedziałam, że Babcia ma jechać do szpitala Czerniakowskiego w stolicy, że czeka na pogotowie i ucieszyłam się nawet, że ktoś ją - niezdyscyplinowaną, upartą i samotną Osobę, otoczy profesjonalną opieką. A tu wieczór, żadnego sygnału od Babci, co gorsza - komórka powtarza uparcie tekst o niedostępnym abonencie. Sześciogodzinne dzwonienie do kilku oddziałów szpitala (bo nie wiedziałam na którym leży, jeśli w ogóle leży), też nie przyniosło skutku! Nikt aż do północy, nie podnosił słuchawki. Nie trudno zgadnąć, że migrena ledwo nie rozsadziła mi czaszki odporna na wszelkie tabletki, negatywne emocje wykluły się nagle jak stado muszek owocowych, a wysokie ciśnienie o mało co nie sfajczyło aparatu ;-) No, słuchajcie - siła złego na jednego! Padłam do łóżka z ciemną szmatą na oczach i dopiero o świcie, mogłam odetchnąć z ulgą. Babcia zaległa na konkretnym oddziale z... wyłączoną komórką, bo zapomniała zapłacić rachunku. A badanie nerek nie wykazało odchyleń... Tymczasem otrzymałam mailowe info, że wymiar obrazka się nie zgadza i mam go PILNIE poprawić. Nie wyszło, choć drastycznie okrojony (zaproponowałam 2 wersje) nie zgadzał się nadal.
O 2.29 w nocy, otrzymałam sms-a od najlepszego Kolegi. Przysposobił grafikę do oczekiwanych parametrów i ocalił mi skórę. Którąś z tych wersji zobaczycie w kwietniowym numerze " Nowej Fantastyki"...
Całość ilustracji, która rodziła się w wyżej opisanych okolicznościach, otwiera tego posta.
Tutaj zaś (na zakończenie lżejszy wątek;-)) jak zwykle uparty "pomocnik", czyli moja słodka Recydywa, która tak jak kiedyś Padlinka musi na swój sposób, uczestniczyć
zawsze w każdym procesie twórczym ;-)
PS. Nie będzie mnie jakiś czas w blogosferze. Pozdrawiam Was ciepło w ten śnieżny dzień i dziękuję za wszystkie odwiedziny :-)